Boże Narodzenie w Suchumi cz. II

Boże Narodzenie w Suchumi cz. II

GODZINA POSIŁKU DLA UBOGICH

W Suchumi przywitał mnie deszcz. Było może 3 stopnie ciepła, ale wilgoć nadmorska dawała odczuć temperaturę poniżej zera. Nie było to przyjemne. Zwłaszcza, że całe miasto liczące jakieś 70 tys. mieszkańców nie ma gazu.
W ogóle od wojny sprzed 25 laty nie ma tego błękitnego paliwa w całej Abchazji. Tym, czym ludzie mogą ogrzewać, to małe farelki lub jakieś nagrzewnice domowe, często prywatnej konstrukcji i wątpliwej jakości. Prąd jest w miarę tani, bo Abchazja ma potężną elektrownie wodną. Nie zmienia to faktu, że poradzieckie instalacje nie wytrzymują dzisiejszych napięć i zamiast osiągać w gniazdku swoje 220 V osiągają moc 130 czy 150 V. Bardzo to utrudnia  życie, ale jak mawia ks. Jerzy Piluś tamtejszy duszpasterz, idzie się przyzwyczaić i z biegiem czasu nie czuć tego zimna.

            W niewielkim kościółku zauroczył mnie główny ołtarz. Jest to dzieło Pani Beaty przywiezione samochodem
z Rzeszowa, a dokończone w Suchumi osobiście przez wspomnianą artystkę. To samo z drogą krzyżową i ławkami wykonanymi przez Jej męża Pana Witolda. Poza tym cały kościół jest remontowany przez strażaków z Harty. Kolorystycznie bardzo ciepły, stwarza atmosferę iście modlitewną. Tam po prostu chciało się być.  To między innymi było moim celem, żeby zobaczyć dzieło naszych wspaniałych wolontariuszy z Pro Spe. Nie udało mi się rok temu, to teraz byłem szczęśliwy siedząc w tamtejszych ławkach. Siedziałem i podziwiałem. Tak samo przez następnych kilka dni mimo zimna, czego osobiście nie znoszę, miło było wchodzić do kościoła, który kunsztem artystki i dzięki fachowej ręki budowlańców był bardzo przyjemny. Zapraszał do swoich wnętrz…

            Dzień wigilii pełen był obowiązków. To nie tylko przygotowanie wieczerzy z zachowaniem polskich tradycji, ale na godzinę 13:00 trzeba było przygotować posiłek dla ubogich. Za wszystko odpowiadały Kasia Wiśniak i Dorota Ochmańska,  to wolontariuszki Fundacji Pro Spe, które są w Suchumi od dwóch miesięcy. Ich posługa jest niesamowitym świadectwem dla tych biednych ludzi, którzy przychodzą po posiłek. Co więcej, wszystkie te biedne babcie i dziadkowie – pisze tak ze względu na wiek tych ludzi, których widziałem – traktowali dziewczyny jak wnuczki. Kiedy rozmawiałem z ubogimi to, o naszych dziewczynach wyrażały się właśnie w ten sposób, „nasza Kasia i nasza Dorotka”. To miłe, że mimo wielkiej biedy towarzyszyła im radość, że ktoś z nimi jest, że ktoś przyjechał tutaj dla nich, żeby tylko im pomóc.

            Moim zadaniem było krojenie chleba. Dostałem wyraźne dyrektywy od Doroty, że mam odkroić sławetne „piętki”, bo ci ludzie po prostu nie mają zębów, a to najtwardsza część chleba, później mam pokroić bochenek na 9 kromek. Niewielki chleb był skrupulatnie podzielony – 9 kromek. Potem zapakować do worka i pilnować na liście, żeby każdy biorący posiłek podpisał się i dostał worek z trzema kromkami. Wszystko dokładnie przygotowane i wyliczone. Kilka osób pobierało ten posiłek dla znajomych, którzy obłożnie chorzy albo już niedołężni ze starości nie mogą sami przyjść. Jak widać i ten posiłek jest szkołą dobroci. Miejscowi ludzie pomagają sobie nawzajem.

Olga, która przygotowuje ten posiłek gotowała w ten dzień zupę warzywną a na drugie gulasz z makaronem. Pachniało wspaniale. Już godzinę przed umawianą godziną odbioru babcie tłoczyły się w korytarzu przed kuchnią i coś sobie opowiadały. Na pewno nie dłużyło się im. Nie mogłem wyłapać wszystkich dialogów, bo mój rosyjski nie jest taki dobry, ale wymianę zdań na temat przetrwania za 50 zł emerytury trudno było nie zrozumieć. To było dla mnie mocne uderzenie a zarazem zdziwienie… Jakby nie ta kuchnia, to jak dało by się żyć w tym wilgotnym klimacie, gdzie w lecie temperatura mimo 30 st. jest odczuwalna na 45 st., a w zimie odwrotnie. Zimowe 0 st. jest odczuwalne jak -5 st. Trudne do zniesienia i przeżycia bez specjalnego ogrzewania. Reumatyzm i tego typu choroby dają się we znaki z upływającym czasem.

            Ten posiłek jest zbawienny dla tych ludzi. Jest  – być może – jedynym ciepłym posiłkiem w ciągu tygodnia, ale daje nadzieję, że ktoś zajmuje się tymi ludźmi, że nie są sami i że mogą na nas liczyć. Babcie dopytywały: ,,A kto ja jestem  – ten nowy?” Poklepywały mnie po plecach i chwaliły wolontariuszki, że u nich to haroszyj i balszoj serce. Babcie ubrane w trzy włóczkowe swetry, które z powodu ubóstwa dawno pralki nie widziały dobrze wiedzą, co mówią. Jeśli jest się tak biednym, to wdzięczność jest pomnożona.

Dziękuję Kasi i Dorocie oraz ks. Jerzemu za inicjatywę tego posiłku dla ubogich. Ks. Jerzy dobrze zna sytuację na Kaukazie i wie, jak wielkie jest to ubóstwo i jak bardzo doskwiera. Dziękuję wszystkim, którzy wspierają Fundację Pro Spe, że możemy opłacać te posiłki. Jesteście ludźmi o wielkim sercu.

Ks. Maciej Gierula