Dzieje mojego wolontariatu cz II

 

Ludzie i ich historie, które pozostaną na zawsze w mojej pamięci.

Tak jak powiedziała pewna osoba po pobycie jako wolontariusz w Centrum mając na myśli niepełnosprawnych: „ Oni mi dali więcej niż ja im”. Podpisuję się pod tym w całej rozciągłości. Wszyscy niepełnosprawni siedzieli do tej pory w domach, uwięzieni przez swoje choroby, biedni, bez wózków inwalidzkich czekali na czyjąś łaskę , aby zobaczyć innych ludzi, drzewa, ptaki, w ogóle kawałek świata. I nagle trafiają do Centrum, dostają wózek, są dowożeni na zajęcia terapeutyczne. Mają opiekę, jedzenie i towarzystwo innych ludzi.  Świat się dla nich odmienił, teraz i oni wychodzą ze swoich skorup, z ograniczeń fizycznych i psychicznych, odizolowania – do innych przyjaznych i pomocnych osób, a także do  osób sobie podobnych. Dba się tam o nich pielęgnując ciało i dusze. Zaczynają się otwierać, rozwijać  i usilnie starać się o wszystko: o samodzielne zjedzenie posiłku, o śpiewanie – choć nie mówią, o tańczenie – choć są sparaliżowani. I właśnie wtedy wychowawcy i „Wolo” czyli wolontariusze spełniają  swoją rolę.

 

Historia 1                                                                                         

 Zajęcia z muzyki. Pani bardzo się stara, aby wydobyć z każdego jakieś umiejętności i je rozwinąć. Jedni śpiewają, drudzy tańczą, inni robią co mogą. Część osób na wózkach tylko apatycznie siedzi, więc zaczynam z nimi tańczyć, wygłupiać się i nagle stają się ożywieni, śmieją się, wtedy ich całuję. Śpiewam na cały głos „Zielony mosteczek”. Jesteśmy szczęśliwi, a ja „rozłożona na łopatki”. Wszyscy nieustannie ćwiczą nowe piosenki i tańce na różne koncerty,  specjalne okazje. Widzę, ile ich to kosztuje, jestem z nich dumna.

Historia nr 2

Nato – dziewczyna z zespołem Downa (ciężko do nich dotrzeć żyją we własnym świecie) mówi tylko po gruzińsku, pojedyncze słowa, nic nie rozumiem. Zawsze jak mnie widzi zachęcająco miauczy jak kot, wiec co mam robić?  Szczekam jak pies i wyciągam pazurki,  na co ona  perliście się śmieje. Nie chce, aby jej  dotykać, czemu?   Nieważne, bo po jakimś czasie mnie pozwala i nawet razem tańczymy, trzymając się i uczy mnie tańczyć Zorbę. Z tej radości, że dopuściła mnie do siebie tak blisko obejmuję  i całuję w tłuste włosy (dziś nie jest dzień kąpieli), ale w ogóle to mi nie przeszkadza, po prostu ją kocham.

Historia 3

Olesza, korzenie polskie, dobrze zna język Polski. Od pierwszego dnia  przymilała się do mnie. Ma lekką niesprawność ruchową. Wiedząc, że chcę pozwiedzać Tbilisi została moją przewodniczką. Jeździmy razem metrem, marszrutkami i choć wolno chodzi, nigdy nie narzeka, tak się wczuła w rolę. Jest potrzebna, ważna, nie siedzi w domu, a ja szczęśliwa, że mogę coś przeżyć, zobaczyć. Chodzimy razem na koniec dnia do McDonalda (ona pierwszy raz) lub gdzieś na obiad, lody. Ona jest dumna, że mnie oprowadza, a ja uważam na nią, bo czasem ma lekkie ataki epilepsji.

Historia 4

Ritka – cudowna, ale i  głęboko nieszczęśliwa i pokrzywdzona dziewczyna, która nie ma oparcia w dysfunkcyjnej rodzinie. Przylgnęła do mnie od pierwszego dnia, opowiada, radzi się, przytula, uwielbia. Za co? Za tę chwilę uwagi tylko dla niej?

Historia 5

Ana- rosła dziewczyna, trochę przypomina Fridę Khalo. Zamknięta, niepełnosprawność umysłowa, epilepsja. Siedzę z nią w osobnym pokoju, bo jest chora, czekamy na odwózkę, żeby nie zarażała. Patrzy długo na mnie, ja się tylko uśmiecham, a ona  tuli się do mnie i całuje. Choć nie możemy się porozumieć, lubimy się tulić i pokazuje mi swoje skarby: małą skromną torebkę, metalowe pierścionki, koraliki z plastiku. Podbiega do mnie z radością jak tylko pojawię się na horyzoncie. Porozumienie dusz?

Historia 6

Kamo – młody mężczyzna, który prawdopodobnie  przez wiele lat nie mówił, zanim trafił do Centrum. Teraz jest rozmowny, choć w niewielkim zakresie słów, zawsze uśmiechnięty. Świetnie układa puzzle. Nie lubię żadnych gier! Patrzę,  zaczynam układać, nie wychodzi. On cierpliwie uczy mnie jakiegoś klucza: kolory, kontury i powtarza z uśmiechem: Ty podumaj. No i wychodzi, ułożyliśmy. Gratuluje mi serdecznie i wylewnie, choć to jego zasługa. Teraz jak mnie widzi to z szerokim uśmiechem szepce do ucha  „Ty podumaj”. Jak wyszłam plewić chwasty do ogrodu, pierwszy zgłosił się do pomocy, choć zawsze trzymał się raczej z mężczyznami.

Historia 7

Ani- bardzo, bardzo energiczna i emocjonalna osoba, czasami wszystkich chce sterroryzować. Z wielkim zaoferowaniem opowiada mi o swoich sprawach sercowych i innych. Przebojem założyła sobie Facebooka i porozumiewamy się teraz przez Internet. Siedzimy, rozmawiamy,  tłumaczę jej pewne rzeczy i się uspokaja, uśmiecha , łagodnieje i ufa.

 

Historia 8

Georgij – przystojny, młody mężczyzna, upośledzenie ruchowe. Bardzo nie wyraźnie mówi, właściwie nic nie rozumiem, ale to nieważne. Kiedyś rozbił głowę, było poruszenie, zawsze go o nią pytam. Śmieje się że ok, ale widzę, że jest szczęśliwy , że się troszczę. Zgubił też kurtkę (a tam to już poważna sprawa, bo skąd wziąć drugą?) Chodził bardzo smutny. Nasz szef Ojciec oddał mu swoją. Kiedyś byłam z nim i Oleszą oraz Ojcem na wernisażu w Ambasadzie. Ojca zagarnęli dostojnicy, a ja z tymi moimi biednie ubranymi podopiecznymi wśród wyelegantowanego tłumu zajęłam najlepszy stolik. Z dziką satysfakcją „donosiłam im uprzejmie „ co lepsze kąski i napitki – do oporu. Ich szczęśliwe miny… Bezcenne!

Historia 9

I wreszcie przyszedł czas na inteligentnego Martina –  sparaliżowany, na wózku, rusza tylko ustami i oczami. Rozmawiać z nim to czysta przyjemność, bardzo kulturalny i oczytany, zna języki obce, wrażliwy. Zaprosił mnie kiedyś do domu. Cała rodzina to bardzo wykształceni i serdeczni ludzie. Robią co mogą, by poprawić jego los, miał wiele operacji, za chwilę kolejna. Mimo kalectwa jest pełen optymizmu wiary . Nie mogę przejść żeby go nie pogłaskać, zagadać. Oby ta operacja choć trochę poprawiła jego ruchowość. Modlę się o to.

Historia 10

Nona – po kobieta po 50-tce na wózku, paraliż obu nóg i ręki. Poważna, spokojna, matkuje wszystkim młodszym kobietom. Wszyscy liczą się z jej zdaniem. Pięknie wyszywa obrazy. Do obcych podchodzi z rezerwą i wyrozumiałością. Bardzo ją szanuję i podziwiam za ten stoicki spokój i poświecenie uwagi innym. Kiedy moja córka przyjechała na wolontariat i weszła na zajęcia, zobaczyła wszystkich w jadalni, podbiegły do niej Rita i Olesza to tak się rozpłakała, że musiałam ją wyprowadzić. Zapytałam: czy ty przyjechałaś płakać  czy pomagać , weź się w garść. Zaczęłam im tłumaczyć , ze zna wszystkich z moich opowiadań, zdjęć i Internetu. Nona mnie i ją uspokoiła, że to dobrze, bo jest osobą wrażliwą na innych ludzi. Jest wspaniała i działa jak „Lek na wszelkie zło” , które spotyka tych biednych ludzi.

 

Historia 11

Ala –  starsza kobieta, pod około 80 lat,  sprawna ruchowo, po wylewie. Czasem słodka jak miód, miła i przyjazna, a czasem ucieka na zewnątrz i się błąka bez kurtki. Wszyscy jej pilnujemy, żeby nie stała się jej krzywda. Jest jak fala, to wznosi  się ponad chorobę, jest pogodna i kochana, to opada na samo dno rozpaczy. Straciła córkę niepełnosprawną i jest sama na świecie. Lubię ją wziąć w objęcia- wtedy jest spokojna i szczęśliwa.

Historia 12

No i jest jeszcze Beso – direktor, tak go wszyscy nazywają. Przystojny  mężczyzna z niepełnosprawnością umysłową. Wszystkimi próbuje rządzić. Nasz szef ze śmiechem mówi, że Ala i Beso go adoptowali. Coś w tym jest. Oni go naprawdę kochają! Beso jest władczy i często lekko nie zadowolony, może dąży do perfekcji? Pilnuje, żeby wszystko grało, no i pięknie służy do mszy, a jak ustawia ministrantów? Poza tym jest ufny i ma dobre serce, jak poproszę to wielkimi paluchami zetrze maleńkie ziemniaczki na placki.

Mogłabym mnożyć takie przykłady, bo jest ich tyle ilu podopiecznych. My wolontariusze dajemy tylko troszkę siebie, odrobinę uwagi, serca, czasu, a oni oddają się nam bez reszty. Doceniają i szanują każdy przejaw zainteresowania. Chociaż każda z osób zatrudnionych do opieki, pomocy i pracy z osobami biorącymi udział w tym wielkim dziele jest bardzo zaangażowana w pracę i niesienie pomocy, uważam, że wolontariusze też są tam potrzebni. Każdy z nas wznosi coś nowego i ożywia umysły i pracę nad sobą, osób tak ciężko poszkodowanych przez los. Dajemy im nie tylko czas i pomoc, ale również akceptacje i zrozumienie. Teraz wróciłam już po kolejnym pobycie w Tbilisi u Ojców Kamilianów i lecę do Australii na taki „prywatny” wolontariat.  Nie wiem ile tam będę, ale wiem, że serce zostawiłam w Tbilisi z wszystkimi niepełnosprawnymi przyjaciółmi. Będę myśleć o nich i modlić się za nich. Mam nadzieję kiedyś tam wrócić i znów uściskać każdego z nich, bo jak powiedzieli mi na koncercie pożegnalnym „Ty już jesteś nasza, musisz do nas wrócić, będziemy czekać”.

 

                                                                                         Anna Charazińska