Dzieje mojego wolontariatu cz I

Dzieje mojego wolontariatu

Jak to wszystko się zaczęło…

Jako emerytka mieszkająca w dużym mieście jestem osobą dość energiczną, która zawsze lubiła współpracę z ludźmi. Przez wiele lat pracowałam w dużym zakładzie jako księgowa i działałam w różnych stowarzyszeniach. Ostatnio w „Dąbrowa na plus” – jako vice Prezes z Radnym na rzecz dzielnicy miasta, byłam też przewodniczącą Wspólnoty Mieszkaniowej. Uczęszczałam na UTW oraz brałam czynny udział w „Civitas” – aktywacja ludzi 50+, zajmowałam się też dużym ogrodem. Jestem bardzo aktywna fizycznie i lubię mobilizować wiele osób: chodzimy z kijkami, jeździmy na rowerach oraz dużo zwiedzamy, daleko i blisko. Uwielbiam podróże.

Rodzinę mam małą, wszyscy dorośli i samodzielni.   W zeszłym roku miałam poczucie beznadziei, niespełnienia, niedosytu i dołka psychicznego, zaczęłam źle sypiać. I wtedy spotkałam…  księdza, który odmienił moje życie i  wskazał nową drogę. Po raz pierwszy usłyszałam o wolontariacie w ogóle, a w Gruzji w szczególności. Pomyślałam: no nie wiem, nie znam tematu. Do tego opieka nad osobami niepełnosprawnymi? Jak widzę osobę z niepełnosprawnością to płaczę, jak ja bym mogła pomóc?  Nie znam się na tym, pewnie tylko bym przeszkadzała.  Po za tym za miesiąc lecę do Australii na 3 miesiące zwiedzania – to moja pasja. Zastanowię się – powiedziałam kurtuazyjnie i od tego dnia myślałam nieustannie o wolontariacie w Gruzji. Po 3 dniach postanowiłam zadzwonić i obiecać, że przemyślę całą sprawę, podróżując po Australii. Ksiądz spytał:  a czemu nie teraz ? Teraz? Już? A właściwie…. czemu nie?

Za tydzień byłam już w Gruzji, w Tbilisi, w centrum Ojców Kamilianów. Szef, założyciel, bardzo mądry, kompetentny, autorytatywny. Ojciec z otwartą głową i wielkimi przedsięwzięciami oraz sercem dla osób potrzebujących pomocy, niepełnosprawnych. Jest też zastępca , który ogarnia resztę .Wszyscy w skrytości ducha myślimy o nim: św. Franciszek na ziemi. Ciągle biega, dba o wszystkich i wszystko, pochyla się nad każdym, nawet 3 okruszki wyrzuci ptaszkom. Chodząca dobroć, pokora i skromność. Niedościgniony wzór. No i są ONI, ci najważniejsi, bez których to wszystko nie miałoby sensu- podopieczni Centrum Rehabilitacji. Codziennie kierowcy przywożą ich z domów rodzinnych marszrutkami na pobyt dzienny. I  tu zaczyna się nasze zadanie- wolontariuszy. Mężczyźni  pomagają przetransportować niepełnosprawnych, bo czasem wymaga to wiele trudu. Na ogół mieszkają w blokach (brak podjazdów) z windami (czasem zepsutymi) itd.… O godz. 9.00 rozpoczynamy dzień wspólnym śniadaniem, pomagamy wówczas pedagogom podać każdemu jedzenie, a jak trzeba, pomóc jeść i pić lub nakarmić tych, którzy sami nie mogą tego zrobić. Po śniadaniu wszyscy udają się na warsztaty terapii zajęciowej wg. grafiku. Tam zgodnie z potrzebami asystujemy nauczycielom, którzy prowadzą zajęcia z: muzyki, haftowania, Decoupage, lepienia z gliny, stolarki i wielu innych. Osoby prowadzące te warsztaty są bardzo kompetentne, twórcze i oddane podopiecznym bez reszty. W tym czasie odbywa się również psychoterapia, rehabilitacja i kąpiele z zabiegami pielęgnacyjnymi poszczególnych osób. O godz. 13.00 jest obiad, w którym uczestniczymy, pomagamy, rozmawiamy, karmimy. Następnie warsztaty do godz. 16.30, kiedy to wszyscy są odwożeni do domów. W tym wszystkim obowiązują zasady, ale nie ma rutyny i nudy,  np.: jak jest ładna pogoda to wszyscy wychodzimy na plac zabaw, boisko lub pielęgnować ogród. Podczas wszystkich zajęć jest mnóstwo zabawy, gier, żartów, śmiechu. Myślę, że w tym czasie chociaż na chwilę mogą zapomnieć  o swoim kalectwie, problemach, bolączkach. Czasem są wycieczki -dalsze i bliższe. Jest wiele miejsca dla pomysłowości, kreatywności i improwizacji – a ja to uwielbiam. Przez pierwsze dni odczułam rezerwę z obu stron. Oni:  jakaś obca przyjechała, ja : żeby tylko kogoś nie urazić. Nie zrobić czegoś źle. A oni pierwsi mnie zaakceptowali, otworzyli serca, przylgnęli, opowiedzieli swoje  historie, przeżycia, traumy. Zaufali mi i otworzyli się a ja … ja ich pokochałam. Powoli, stopniowo, najpierw jedną osobę, drugą, a potem coraz więcej i więcej. Razem spędzaliśmy czas, pracowaliśmy na warsztatach, bawiliśmy się, tańczyliśmy i śmialiśmy się. W wolnym czasie jeździłam na wycieczki po Gruzji i często sama przemierzałam Tbilisi,  spacerując brzegiem morza. W końcu nadszedł czas wyjazdu. Nie obyło się bez  uścisków, całusów, własnoręcznie zrobionych podarków i słowach: 

„Na początku myśleliśmy, że jesteś zamknięta, osobna, a teraz wiemy , że jesteś nasza i Ty tu wrócisz”. Patrząc na podopiecznych myślałam: Mój Boże,  jaka ja jestem szczęśliwa, że jestem zdrowa, mam zdrowe dziecko, wnuka i czego ja chcę, czemu marudzę i sama stwarzam sobie problemy? Przecież   to, co ja mam podane na deserowym talerzyku pod nosem, oni muszą sięgać aż  pod sufit. Wyjechałam z Gruzji z ciężkim sercem, a byłam tylko miesiąc.

Potem była Australia 3 miesiące podróżowania, zwiedzania, nie kończących się atrakcji, a ja ciągle myślałam o Tbilisi i wspominałam! Pewnego wieczoru siedzieliśmy w większym gronie na plaży nad Oceanem, jedliśmy pyszne rzeczy, oglądaliśmy film na dużym ekranie.  Tylko my i przyroda, było pięknie, a ja … znów opowiadałam o Gruzji i czego tam doświadczyłam.  Zapytali mnie wówczas: Anka, jeśli na najpiękniejszych plażach świata masz takie luksusy, co ty widzisz w tej Gruzji? No właśnie? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie,  zaraz po powrocie spakowałam się i ponownie poleciałam do Tbilisi. Tym razem było jak w domu. Wszyscy witali mnie z radością i przekonaniem, że wiedzieli,  że do nich wrócę. I teraz wiem, co mnie tak ujmuje w tej Gruzji. Żyją tam cudowni ludzie, których już prawie nie ma w krajach bogatszych, którzy pochylają się nad sobą nawzajem, szanują i bardziej myślą o innych niż o sobie. Ja czuję się tam wspaniale: zdrowa, silna, szczęśliwa i „zaopiekowana” przez wszystkich.  Szczególnie doświadczam tego od tych, którzy sami wymagają pomocy. Jestem szczęśliwa,  że  mogę służyć pomocą bezinteresownie.  Tam nie jest ważna kieszeń tylko serce. Gdzie w Europie czy w Australii nastolatkowie ustępują miejsca osobom starszym i dzieciom? Gdzie osoby niepełnosprawne cieszą się takim szacunkiem? Gdzie każdy myśli jak pomóc słabszym i tobie? Osoby sparaliżowane, na wózkach inwalidzkich martwią się jak Ciebie strzyknie w krzyżu lub boli głowa, albo masz tylko smutną minę. Troszczą się też o siebie nawzajem, jakby byli jakąś wielką rodziną. To piękne i naprawdę daje do myślenia. Coś zgubiliśmy z człowieczeństwa, z czystości intencji, szczerości, otwartości serca w pogoni za dobrobytem, dogadzaniem sobie. Ja, taka niepokorna dusza, samodzielna, niezależna, idąca ciągle pod prąd pokochałam tych ludzi i związałam się z nimi na zawsze.

                                                                                         Anna Charazińska