Na wolontariacie zostaję dłużej…

Na wolontariacie zostaję dłużej…

Aktywność w RAM-ie, prowadzenie grupy parafialnej w Markowej i rekolekcje dają mi dużo satysfakcji, jednak myśl o misjach i spróbowaniu czegoś nowego, mimo wielu obaw, dojrzewała we mnie odkąd zacząłem się formować na animatora.

Przygotowania…

O możliwości wyjazdu do Abchazji dowiedziałem się od Danusi z naszego przemyskiego RAM-u jesienią 2017. Powiedziała, że każdy może jechać, wystarczą tylko chęci, ale wtedy nie wiadomo było jeszcze ilu będzie chętnych i czy będą miejsca. Na koncercie JSJD usłyszałem od niej, że jest możliwość wyjechania na obóz do Abchazji. Było jednak kilka przeszkód. Powiedziałem sobie, że: «jeśli Bóg chce, abym tam pojechał, to wszystko przygotuje». Po kilku tygodniach byłem już zapisany jako kandydat na wolontariat misyjny do Suchumi — stolicy Abchazji. Stało się też tak, że w ostatniej chwili, dzięki mojemu pośrednictwu, do naszej grupy dołączył jeszcze Krzysztof z Krakowa. Było już nas siedem osób, cztery dziewczyny z Oazy, Agnieszka, która miała już doświadczenie wolontariatu na Kaukazie, ja oraz wspomniany Krzysiek. Naszym głównym zadaniem miało być poprowadzenie dziennego obozu (półkolonii) dla tamtejszych dzieci.

Przygotowania do wyjazdu trwały kilka tygodni. Było wiele pytań: jak przejść przez granicę, jakie są warunki na miejscu, jak dogadamy się z dziećmi, czy damy radę z programem, itp. 31 sierpnia bardzo wcześnie rano wylecieliśmy z Polski do Kutaisi. Na lotnisku przywitało nas gorące i bardzo wilgotne powietrze. Zrozumieliśmy, że jesteśmy już w zupełnie innym klimacie. Dodatkowym problemem było to, że jedna z dziewczyn z naszej grupy nie dostała pozwolenia na wjazd ze strony Gruzji. Musieliśmy się więc podzielić i ruszyć do Abchazji w osłabionym składzie i to napełniało nas pewnymi obawami.

Z Olą została w Kutaisi Iza. Okazało się, że tam jest podobny obóz dla dzieci w Centrum Caritas i bardzo potrzebni są wolontariusze. Włoscy wolontariusze nie dojechali, wysyłane wcześniej do Polski prośby o wsparcie nie dały rezultatu. Nasze dziewczyny zostały więc w miejscu, w którym okazały się bardzo potrzebne. Pracowały tam ofiarnie i były zadowolone.

I stało się tak, że Iza dojechała do nas w drugiej połowie obozu, a Ola już po jego zakończeniu.

Nasze początki na obozie…

Początek nie był łatwy. W naszej grupie nie wszyscy się znali. Brakowało nam kucharki. Ale przebrnęliśmy przez pierwsze  najtrudniejsze dni. Po trzech dniach mieliśmy już bardzo dobrą kucharkę. Bardzo nas też wspomogła Luba, miejscowa wolontariuszka.

Okazało się jednak, że nie było tak trudno, jak nam się wydawało na samym początku.

Dzieci były bardzo otwarte i życzliwe, jednym słowem wspaniałe. Bariera językowa nie okazała się taka straszna. Mimo tego, że języka rosyjskiego nigdy nie uczyliśmy się w szkole okazywało się, że często jest podobny do polskiego i wiele się można było domyśleć. Uczestnicy i Luba pomagali nam uczyć się z dnia na dzień podstaw tego języka.

Grupa uczestników naszego obozu w wieku od 11-16 lat liczyła około 20 osób.

Już wcześniej, po pewnych konsultacjach z tymi, którzy w Abchazji mieli z nami współpracować, dziewczyny z Oazy odpowiedzialne za program obozu, wybrały temat trochę dziwny i intrygujący jednocześnie, odnoszący się do ogrodów biblijnych. Na samym początku obozu zwerbalizowaliśmy go wszyscy razem w ten sposób: «Jakże są piękne Twe ogrody». Inspirowała nas pewna polska piosenka.

Na obozie były dzieci różnych narodowości: abchaskiej, ormiańskiej, rosyjskiej i ukraińskiej.

Dzieci na naszym obozie były naprawdę różne, z rodzin średnio zamożnych i biednych, a nawet bardzo ubogich, wykształconych i niewykształconych, z różnych społecznych poziomów. Nawet jedna dziewczynka miała polskie korzenie, dzięki jej znajomości języka polskiego łatwiej było prowadzić zajęcia. Dodam, że w Abchazji różnice są często podkreślane, szczególnie te narodowościowe, a na naszym obozie pomiędzy dziećmi nie było widać żadnych różnic. Wiele się można było od nich nauczyć. Widzieliśmy dzieci, które podchodzą do życia z prostotą, nie kalkulują, nie osądzają, jak to się zdarza w dorosłości. Dla nich każdy człowiek jest ważny. Wszystkie były różne, niektóre jakby „zranione”.

Nasze odkrycie…

Razem z innymi wolontariuszami w ciągu tego krótkiego czasu odkrywaliśmy, że warto było po prostu z nimi być, bawić się, ćwiczyć, śpiewać z gitarą, uczestniczyć w wycieczkach, razem spędzać czas. Niekiedy było bardzo gorąco, ale motywacja do pracy mimo upału była duża.

Oprócz pracy z dziećmi obecność w tej małej, jedynej w Abchazji, parafii katolickiej była sposobnością dla mnie i Krzysztofa, by pomóc w różnych pracach. W katolickiej wspólnocie dominują ludzie starsi, którzy sami utrzymują parafialny kościół, ale mało jest zaangażowania, by coś wokół kościoła zrobić. To również dawało dużo satysfakcji, mieliśmy świadomość tego, że coś zostanie także po naszym pobycie dla parafii. W pewnym momencie nawet doszliśmy do przekonania z Krzysztofem, że przedłużymy nasz pobyt o jeden tydzień, by fizycznie dla tej małej rzeczywistości Kościołą popracować. Widzimy, że jest wiele do naprawienia, zakończenia, uporządkowania po obozach i chcemy, żeby część tej pracy mogła należeć do nas. Jak twierdzi suchumski proboszcz, bardzo to pomaga miejscowym, bo widzą, że nie są zostawieni sami sobie. Ktoś w tych miejscach, gdzie parafie są dobrze zorganizowane, wyposażone i mają wielu parafian pamięta o nich. Są częścią wielkiego Kościoła i nasza obecność i praca im ciągle o tym przypomina.

Obozy okiem tubylców…

Również dla tej parafii Obozy dla dzieci są wydarzeniem. Przez wiele lat wydawało się, że to niemożliwe  by coś takiego tam zrobić, brakowało zaplecza, sytuacja społeczna i polityczna była niepewna, brakowało poczucia bezpieczeństwa, brakowało ludzi, brakowało środków. Długo nie można się było uporać z budową Domu Parafialnego i remontem małej świątyni. Ale wolontariusze z naszego kraju  pomogli pokonać  wiele przeszkód. W 2016 sześć wolontariuszek z Polski organizowało pierwszy obóz. Był bardzo udany.

Parafia w Abchazji liczy około 40 osób i jest jedyną w tej całej separatystycznej republice.

W Suchumi żyją głównie prawosławni, są również grupy protestantów i muzułmanie.

Łatwo więc się domyślić, że w obozie uczestniczyły w zdecydowanej większości dzieci prawosławne. Wydaje mi się, że ludzie w Polsce się zamykają na ludzi innych przekonań. Ten krótki wolontariat misyjny uczył mnie, że Kościół jest powszechny, czyli skierowany do wszystkich ludzi. Dzięki temu pobytowi i pracy tam, dzisiaj jestem jeszcze bardziej otwarty na innych ludzi bez względu na narodowość czy przekonania. Bardziej doceniam swoje życie. Już teraz tęsknię za tymi, których tam spotykałem, za ich radością, uśmiechem, dobrocią, prostotą, Każdemu, kto chce lub ma ogromną chęć zrobienia coś sensownego dla innych polecam taki misyjny wolontariat. Nie warto ulegać lękom, które zawsze mogą towarzyszyć takim wyjazdom. Warto zaufać Bogu, że jak On powołuje, to i On przygotuje warunki. Nigdy nie powołuje nas do czegoś, czego nie bylibyśmy w stanie wykonać. Przyjaciele, jeśli myśleliście o tym, by coś dla misji zrobić, to dajcie się prowadzić, krótki misyjny wolontariat to dobry początek w tej sferze. Przekonacie się też, że Pan Bóg pomaga.

Piotr Kochmański

Suchumi, 16 sierpnia 2018