Wolontariat w Misji Kamiliańskiej w Gruzji

Wolontariat w Misji Kamiliańskiej w Gruzji

Na pierwszy rzut oka Centrum Leczniczo-Rehabilitacyjne Misji Kamiliańskiej w Tbilisi sprawia wrażenie dużego kompleksu. Kiedy taksówkarz przywiózł mnie pod wskazany adres nie wiedziałam nawet z której strony Centrum wysiąść. Jednak z każdym kolejnym dniem zarówno otoczenie, jak i pomieszczenia terapeutyczne zaczynały być coraz bardziej znajome. Ośrodek jest położony w północnej części gruzińskiej stolicy. Korzystają z niego nie tylko przywożeni tu od poniedziałku do piątku niepełnosprawni, lecz także mieszkańcy miasta. Centrum znalazło się na liście miejsc, które odwiedził Papież Franciszek podczas swej pielgrzymki do Gruzji w 2016 roku.

Warto zwrócić uwagę na niezwykły mural powstały z tej okazji wzdłuż wjazdu do ośrodka. Przyciąga wzrok żywymi kolorami i formą wykonania, w tym elementami krajobrazu Gruzji: górami Kaukazu, Morzem Czarnym czy winoroślą. Przedstawia wizerunki świętych (św. Nino, św. Kamila, bł. Klary). Widnieją na nim też cztery cytaty z Pisma Świętego w j. gruzińskim.

Przybywających wolontariuszy wita o. Paweł Dyl (dyrektor) oraz o. Zygmunt Niedźwiedź, a w okresie wolnym od zajęć w seminarium także przyszły kamilianin – brat Lasza. Ojciec Zygmunt próbował nauczyć wolontariuszy j. gruzińskiego. Na długo zapamiętamy te „korepetycje”. Swą gorliwością motywował nas do wypełniania codziennych obowiązków. Natomiast podopieczni Centrum to wyjątkowi ludzie. Choć każdy z nich boryka się z różnym stopniem niepełnosprawności, to znajdują się wśród nich niezwykle uzdolnieni ludzie. I tak np. Ana przejawia talent wykonywania ozdób z koralików, dlatego najczęściej można ją było zastać w pracowni p. Żanny, zaś Giorgi pomimo swej niepełnosprawności zachwyca zarówno grą na keybordzie, jak i umiejętnościami wokalnymi. Wolontariuszki, które wcześniej pracowały w ośrodku nauczyły go nie tylko pieśni religijnych, lecz także polskich piosenek, np. „Przybyli ułani pod okienko”, które Giorgi chętnie podśpiewywał.

Jako wolontariusze towarzyszyliśmy podopiecznym w czasie zajęć w grupach. Widok moich niedolnych prób zaplecenia maleńkich koralików na żyłkę wywoływał u Any sporo śmiechu. Ona dopracowała tę umiejętność do perfekcji. Niezwykle ciekawe były zajęcia z ceramiki. Prowadzący je p. Giorgi odkrył przed nami tajniki wykonywania glinianych naczyń. Codzienne obowiązki rozpoczynaliśmy przygotowywaniem i podawaniem śniadania dla podopiecznych. Podobnie było w porze obiadowej. Lubiłam momenty krótkiej rozmowy z podopiecznymi. Pytali o moje życie w Polsce, a ja chętnie odpowiadałam. Bez trudu zapamiętali moje, nieco trudne w wymowie, imię. Mnie bardziej zależało na poznawaniu ich imion: Nana, Nino, Nato, Nona, Rita, Lewani, Martin, Tengo, Misza, Ana, Giorgi, Ala, Żenia, Olesza, Goga i wiele innych.

Dodam, że uczestniczyliśmy w warsztatach, które miały nas przygotować do pracy z osobami niepełnosprawnymi. Doskonale poprowadził je posiadający polskie korzenie Stanisław (Staszek) – niewidomy terapeuta, który starał się wskazać nam na różne aspekty relacji międzyludzkich, w tym z osobami niepełnosprawnymi oraz na emocje towarzyszące tym relacjom.

Niemałą satysfakcję sprawiało mi ćwiczenie z podopiecznymi języka gruzińskiego. Wygląda na to, że dobrze wymawiałam niektóre frazy, ponieważ rozumieli je i ku mojej uciesze odpowiadali. Umiejętności językowe ćwiczyłam też podczas pobytu w „Domku Babci” w obozie uchodźczym. Z łamanym gruzińskim wymawiałam gruzińskie słówka, a dzieci tłumaczyły je na język angielski. Okazały się niepokonane w grze w dwa ognie, w którą bawiliśmy się na skraju obozu. Świetnie radziły sobie także w grze w ping-ponga, grach planszowych, rysowaniu i wymyślanych przez wolontariuszki zabawach. Choć na początku podchodziły nieco nieufnie, to na zakończenie naszego pobytu uścisków i pożegnań nie było końca.

Pobyt w Centrum dzieliłam wraz z wolontariuszami z Wolontariatu Misyjnego Salvator: Magdą, Anią, Łukaszem oraz Asią, która będąc jeszcze w Gruzji za pośrednictwem przyjaciół w Polsce zorganizowała zbiórkę plastrów na odleżyny i innych środków medycznych dla chorych. Zostały one przeznaczone na opiekę nad podopiecznymi wymagającymi domowych wizyt. Dołączyły do nas także wolontariuszki z ramienia Fundacji Pro Spe: dwie Julie, Maria i Magda. Jedna z Julek zagrała mini koncert na pianinie w domu jednego z podopiecznych – Martina, kiedy to po jednej z niedzielnych Mszy św. wraz z o. Zygmuntem odwieźliśmy go do domu. Martin i jego rodzice na pewno na długo zapamiętają to spotkanie. 

Odjeżdżałam z ciężkim sercem. Do dziś wspominam podopiecznych, Ojców Kamilianów, nauczycieli i terapeutów Centrum. To był wyjątkowy czas. Opuszczałam Centrum z przeświadczeniem, że wolontariat jest tym sposobem spędzenia wolnego czasu, który czyni człowieka bardziej pokornym, a także świadomym i wrażliwszym na potrzeby słabszych.   

Agnieszka Tomczyk