Historia o dwóch myśliwych i gruzińskiej gościnności

Mój Czytelniku!

         Pozdrawiam Cię z Gruzji – kraju głośnych toastów i wiecznych uczt – miejsca narodzin słynnego powiedzenia: Gość jest posłańcem Boga. Piszę do Ciebie z Tbilisi, z Centrum Rehabilitacyjnego im. św. Kamila, które już ponad dwudziestu lat niesie pomoc osobom niepełnosprawnym, nie tylko w stolicy, ale również w kilku innych oddziałach zlokalizowanych w regionie Samtskhe-Javakheti.

           Niedawno obchodziliśmy w naszym Ośrodku „Święto Jesieni”, znane jako „Czurczcheloba”. Nazwa pochodzi od lokalnego przysmaku – czurczcheli, słodkiej przekąski, którą robi się z soku winogronowego i orzechów. Tradycja tego święta została wprowadzona w naszym Ośrodku kilka lat temu przez jedną z terapeutek Natię. Niestety ona już nie żyje, natomiast ten piękny zwyczaj kultywujemy do dziś.

           Jak cały świat, przechodzimy przez trudny okres pandemii. Od marca ośrodek funkcjonował na zasadzie pracy zdalnej. We wrześniu jednak to na co wszyscy razem, a przede wszystkim nasi podopieczni, czekaliśmy w końcu urzeczywistniło się:  ośrodek został ponownie otwarty. Oczywiście, działamy w systemie wysokich reżimów sanitarnych, w trosce o wspólne bezpieczeństwo. Przyszłość wydaje się jednak ciągle niejasna. Nikt nie ma pewności, czy dosłownie jutro od władz państwowych nie przyjdzie rozporządzenie, aby ponownie zamknąć ośrodek. Mimo to staramy się brać z życia to, co możemy tu i teraz, dopóki jesteśmy razem, świetnie się bawimy.

           Komunikacja między krajami obecnie jest utrudniona, co jest szczególnie bolesne dla Gruzji, gdzie gościnność jest jedną z podstawowych tradycji. W związku z tym chcielibyśmy podzielić się z Wami jednym z gruzińskich utworów, w pełni oddającym znaczenie gościnności w codziennym życiu Gruzinów. Mowa o wierszu „Gość i gospodarz” napisanym w XIX wieku przez słynnego gruzińskiego poetę Vażę Razikashvili, bardziej znanego jako Vaża Pshavela.  Poeta pochodził z górskiego regionu Pshavi we wschodniej Gruzji, stąd ten przydomek. Pshavela pisał dość specyficznym językiem, w jego twórczości można odczuć wpływ gwary górskiej. Był za to wielokrotnie krytykowany przez innych, znakomitych pisarzy tamtych czasów. Jednak to właśnie poezja Pshavela zachowała kulturę ówczesnej gwary górskiej dla potomków.

      Wiersz opowiada o tragicznej przyjaźni między gościem a gospodarzem. Mężczyźni poznali się podczas polowania. Główny bohater, Jokola, należał do plemienia Kistów, miejscowych  górali, którzy wyznawali  islam i byli w ciągłej wojnie z gruzińskimi góralami – Chessurami. Zviadauri z kolei był słynnym wojownikiem Chevsurów, od miecza których zginął niejeden Kist, w tym też brat Jokoly. Cały dramat sytuacji polegał na tym, że spotkając się w lesie, nie rozpoznali się nawzajem. Istniała wówczas tradycja, zgodnie z którą dwóch myśliwych, którzy spotkali się podczas polowania, dzielili się pomiędzy sobą swoją zdobyczą. Jokola i Zviadauri szanowali ten obyczaj. Mężczyźni nie podejrzewając, że stoi przed nimi wróg, wdali się w przyjazną rozmowę. Żartując i wesoło gawędząc, doszli do rozwidlenia, gdzie powinni byli się rozstać. Jokola zaprosił jednak współtowarzysza do siebie w gości. Zviadauri chętnie przyjął zaproszenie, tym bardziej, że odmowa, mogła być potraktowana jako brak szacunku do gospodarza.

          W domu Jokoly przebywał wówczas miejscowy staruszek, który od razu rozpoznał w gościu słynnego Chevsura. Nie wyjaśniając niczego gospodarzowi, staruszek opuścił jego dom i natychmiast zwołał spotkanie plemienia, na którym ogłosił, że ich wróg gości w domu Jokoly. Plemię jednogłośnie postanowiło tej samej nocy wykorzystać sytuację i złapać Chewsura podczas snu. Tymczasem Jokola i jego żona Aghaza nakarmili gościa obiadem i wszyscy w spokoju i harmonii poszli spać. Żona Jokoli okazała gościowi dużo sympatii. Mimo powszechnych interpretacji, nie warto rozpatrywać tego w kategoriach miłości romantycznej. Był to raczej podziw dla odwagi i szlachetności obcego wojownika, czystej przyjaźni, która powstała również między gościem i gospodarzem.

       W środku nocy Kistowie przyszli do domu Jokoly i zażądali wydanie im gościa. Oburzony właściciel domu zarzucił im jednak brak szacunku do świętych tradycji gościnności. Wtedy współplemieńcy uświadomili mu, kogo schronił. Być może jest to najbardziej przełomowy punkt w całym wierszu. Tylko Bóg, a może i autor, wie, co działo się wtedy w umyśle Jokoli, bo jak pamiętamy, Zviadauri był odpowiedzialny za śmierć jego brata na polu bitwy. Odpowiedź gospodarza pokazuje jednak, jak niezachwiana była wówczas tradycja gościnności. „Nieważne, kim jest ten człowiek. Dopóki jest w moim domu, jest gościem i nikt nie zrobi mu krzywdy, gdy wyjdzie z mojego domu, osądź go, jak uważasz za stosowne.”

         Rzeczywiście, po opuszczeniu domu gospodarza, osoba traciła status gościa. Uwalniało to pana domu od szeregu obowiązków, które ciążyły na osobie przyjmującej gościa w swoim domu. Współplemieńcy Jokoli nie byli jednak tak szlachetni w wypełnianiu tradycji i zlekceważyli ją. Włamali się do domu gospodarza, siłą zabrali Chevsura, a następnie osądzili go publicznie. Egzekucja została również przeprowadzona według pewnych zasad. Zgodnie z rytuałem, będąc zabitym z powodu zemsty na zasadzie „oko za oko”, po śmierci, ofiara na zawsze stawała się sługą  swojego oprawcy. Był tu jednak pewien niuans. Aby rytuał mógł się odbyć, przed śmiercią ofiara musiała upokorzyć się publicznie, przyznając się do bycia sługą swoich oprawców. Aby to osiągnąć, brutalnie torturowano złapanego wojownika, ale bez względu na to, jak ciężkie były tortury, raz po raz Zwiadauri uparcie powtarzał to samo: „Psy wezmą waszych umarłych”. Mężczyzna umarł w torturach, nie uznając władzy Kistów nad sobą.

 Dalej zaczyna się ostry konflikt między rodziną Jokoly a plemieniem. Jokola nie wybaczył swoim współplemieńcom brutalnego potraktowania swojego gościa. W rezultacie Jokola stał się wyrzutkiem, który, choć nadal formalnie uważany był za część plemienia, w rzeczywistości został wykluczony ze wszystkich wspólnych działań. Osobny wiersz opisuje jak to wszystko przeżywała Aghaza, żona Jokoly, która z trudem zaakceptowała zarówno śmierć Zviadauriego, jak i zniewagę dla swojego domu. Kilka dni później kobieta odnalazła zwłoki Chevsura, rzucone krukom na pożarcie i zakopała je w tajemnicy na ziemi Kistów. Najpierw ukrywała to przed mężem, bo bała się gniewu Jokoly, ale mimo tego później wyznała mu wszystko. Jokola pochwalił żonę za ten uczynek, twierdząc, że nie ma nic złego w oddaniu ostatniego honoru tak dzielnemu góralowi.

     Po jakimś czasię plemię z którego pochodził Zviadauri, zwróciło się do Kistów aby ci oddali im zwłoki zabitego wojownika. Chcieli pogrzebać go na własnej ziemi. Kistowie jednak odmówili, co posłużyło jako pretekst do kolejnej wojny. Jokola walczył w niej po stronie Kistów, pomimo istniejącego konfliktu. Podczas bitwy był jednak zupełnie sam, nie dołączając do żadnej grupy współplemieńców, w wyniku czego zginął. Zostawiona sama, Aghaza, nie widząc sensu w dalszym życiu, rzuciła się zaś z góry.

     W ostatniej odsłonie autor opisał mistyczną scenę, niepozbawioną pewnej symboliki. Zviadauri i Jokola wychodząc z mgły zasiedli przy stole. Wkrótce dołączyła do nich Aghaza, która podawała im jedzenie i picie. Wojownicy dobrze się bawili, rozmawiając i żartując, tak jak wtedy, gdy się poznali po raz pierwszy.

     Myślę, że autor chciał pokazać zwycięstwo czystej przyjaźni i gościnności nad narodowymi uprzedzeniami i krwawymi kłótniami, co świetnie mu się udało. Ciekawe, że w tym wierszu Pshaveli nie uczynił z Gruzina głównego bohatera, jak robił to zawsze, a zamiast tego, pokazał całą sytuację oczami Kista, przedstawiciela przeciwnej strony.

        Od czasu napisania tego wiersza minęło dwieście lat. Wiele rzeczy się zmieniło. Poprzednie trudności i konflikty nie zawsze wydają się aktualne, ale na ich miejscu pojawiają się nowe. Teraz Gruzja, co zrozumiałe, nie może przejmować wielu gości. Ośmielam się mieć nadzieję, że wkrótce to się zmieni. W międzyczasie, dzieląc się tą wspaniałą historią, myślę, że pozwoliłem Wam poznać nasz kraj nieco lepiej i być może to zrodziło pragnienie odwiedzenia nas, kiedy stanie się to możliwe.