Kamerun – perła misji
Tak na koniec pobytu w Kamerunie zastanawiałem się, dlaczego akurat tam od wielu lat jest tak wielu misjonarzy z Polski. Może zdziwię wielu, ale nie mam jakiejś spektakularnej odpowiedzi na to pytanie. To po prostu opatrznościowe działanie, które nazywamy powołaniem. Wszyscy posługują się tym określeniem, ale mało kto definiuje jego znaczenie. Czyli – co to dokładnie znaczy – nie wiemy, ale wiemy, jak się to realizuje.

Tworząc pewne kryteria do rozumienia tego znaczenia, powiedziałbym, że dotyczy ono w pierwszej kolejności ideowości. Jestem przekonany, że każdy misjonarz ma jej aż nadto, kiedy podejmuje decyzję o wyjeździe na misje. Dowodem na to jest fakt, że nie spotkacie nieszczęśliwego misjonarza. Spotkacie biednego misjonarza, spotkacie upartego misjonarza, ale na pewno nie nieszczęśliwego. Ani bp Jan Ozga, ani żaden ksiądz czy jakakolwiek siostra zakonna na mojej trasie nie żałowała swojego wyboru i decyzji.
Stąd decyzja o wyjeździe dla każdego następnego, młodszego misjonarza jest o tyle łatwiejsza. Co mam na myśli? Świadectwo poparte opowieściami – generalnie o sobie samym. Można odwołać się do tego, jak bardzo sami lubimy słuchać opowieści o dalekich zakątkach świata, snutych właśnie przez misjonarzy. Oni kilkoma zdaniami zanurzają nas w swoim życiu – wraz z całym otoczeniem ludzi oraz sytuacją społeczną, gospodarczą i polityczną, w której się znajdują i pracują.

To właśnie przywożę z Kamerunu. Skoro zaczęli tam przyjeżdżać pierwsi misjonarze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, to z roku na rok przybywało chętnych. Mam na myśli zarówno poszczególne osoby zapisane w historii misji kameruńskich, jak i wspólnoty zakonne, które podejmowały decyzje o otwarciu placówek misyjnych w Kamerunie. Tak buduje się placówki misyjne, które mają duże oddziaływanie społeczne. Dokonuje się to poprzez pracę pomocową w kontekście medycznym, edukacyjnym czy wreszcie ewangelizacyjnym. To wszystko jest procesem poprawy jakości życia.
To może banalne, co opisałem, ale tym bardziej umocnione we mnie, bo doświadczenie pobytu właśnie tak podpowiadało. Jedno chciałem powiedzieć: bądźcie dumni z takich ambasadorów polskiego społeczeństwa, jakimi są misjonarze.

Wizyta u ks. bp. Jana Ozgi
Ostatni etap mojego wyjazdu to misja w Domé u ks. bp. Jana Ozgi. Sama misja to potęga budynków – ogromny kompleks szkolny wraz z internatami. Na wszystko jest pomysł, a najważniejsze jest to, że ta szkoła daje ogromną szansę dzieciakom z całej okolicy. To dla nich szansa na ułożenie życia zawodowego, a w dalszej przyszłości – na podniesienie poziomu życia. Naprawdę robiło to ogromne wrażenie.

Abong Mbang
Ostatnim etapem przed wylotem była wizyta w Abong Mbang – miasteczku przy głównej drodze prowadzącej na północ kraju, z rozgałęzieniami w kierunku granicy z Republiką Środkowoafrykańską oraz dalej na północ, w stronę Czadu. Siostra Nazariusza w tej miejscowości podjęła się ogromnego dzieła budowy szpitala – dużego, oczywiście jak na tamtejsze warunki. Budowa idzie bardzo szybko, a perspektywa warunków, jakie będą miały kobiety rodzące dzieci, oraz wielu innych oddziałów, których w całej okolicy – w promieniu około 100 kilometrów – po prostu nie ma, robi ogromne wrażenie.
Fundacja Pro Spe ma swój wkład w to dzieło, które rzeczywiście robi ogromne wrażenie. Myślę, że każdy darczyńca fundacji może być dumny z tego, jak wiele tysięcy ludzi zyska lepszy dostęp do opieki medycznej. Powiem tylko jedno: siostro, życzę szybkiego ukończenia szpitala i dużo sił w realizacji planów. To samo dotyczy siostry Alicji, która prowadzi potężną szkołę – a jej przywitanie i sposób prezentowania tej placówki nie miały sobie równych. W tej szkole Pro Spe sfinansowała dach po tym, jak został zerwany podczas potężnej burzy. Do dziś to wszystko budzi we mnie ogromny podziw.

Wizyta u Nuncjusza
Ostatnim spotkaniem była wizyta u Nuncjusza Apostolskiego. Znamy się z Gruzji, gdzie obecny abp Josef pracował. Zależało mi na pomocy w nawiązaniu kontaktów w Kamerunie, które umożliwiłyby uzyskanie zwolnienia z cła dla naszych transportów w ramach akcji „Polskie Smyki Dzieciom z Afryki”. Razem z nuncjuszem odwiedziliśmy ambasadora Zakonu Maltańskiego, który od 40 lat mieszka w Kamerunie. Z pochodzenia jest Francuzem, a na sprowadzaniu pomocy z całego świata dyplomatycznego zna się jak mało kto. Zostaliśmy bardzo miło przyjęci i mam nadzieję, że z tego spotkania wynikną same korzyści dla polskich dzieci, które przekazują dary swoim rówieśnikom w Kamerunie. Oby tak było.
To dobrze, że Fundacja Pro Spe korzysta z dorobku swojej wiarygodności na tak wysokich szczeblach.
Nie wiem, jak podsumować tę wizytę jednym słowem. Powiem tylko, że były to potrzebne odwiedziny – zarówno dla mnie, jak i dla misjonarzy. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie możemy jedynie czekać na misjonarzy w rzeszowskim biurze – trzeba do nich jeździć.
I może na koniec powiem jedno wielkie słowo, wyrażone z podziwem: dziękuję! Tak w imieniu wszystkich darczyńców, a ośmieliłbym się powiedzieć – także w imieniu wszystkich Polaków. Bo oni, misjonarze, dają najlepsze świadectwo tego, jacy są Polacy. Jacy? Pomocni.
Ks. Maciej Gierula
