KAMERUN – NAJWIĘKSZE MISJE POLAKÓW

Droga do Kamerunu była długa, mierzona czasem zastanawiania się, czy to już pojechać w odwiedziny do polskich misjonarzy, czy jeszcze poczekać. Przez te kilka lat powtarzanych zaproszeń uzbierało się kilka projektów naszej Fundacji Pro Spe. Nie było się już co zastanawiać – trzeba było kupić bilet i polecieć. No dobra! Bilet kupiony, wiza wyrobiona, ubezpieczenie jest, żółta książeczka z Sanepidu gotowa od kilkunastu lat – Kamerun wymaga szczepień. Jedziemy!

Niestety, kilka dni przed wylotem w Kamerunie ogłoszono wyniki wyborów prezydenckich. I zaczęła się demokracja na ulicy. Wygrany twierdzi, że wygrał, przegrany twierdzi, że też wygrał. Jeden reprezentuje chrześcijan (tak oględnie), drugi jest muzułmaninem. Ulica wzięła kraj jako zakładnika na kilka dni.

Dzwonią do mnie misjonarze, żeby odłożyć wyjazd, bo na razie strzelanina na ulicach, ludzie giną, nie jest bezpiecznie i najlepiej będzie przełożyć podróż. Przekładamy więc w bliżej nieokreślonym terminie. Prezydent zostaje ten sam od 1982 roku. Tak! Tu żadnej pomyłki – jeden i ten sam prezydent przez 43 lata, który, mając 92 lata, wygrywa kolejne wybory. Jak widać, demokracja też ma swoje przyzwyczajenia.

Po kilku dniach s. Ida mówi mi, że już można. Zatem początkiem grudnia ląduję w Jaunde bez walizek. Dlaczego ten szczegół jest ważny? Bo oprócz moich osobistych rzeczy, jak ubrania na 10 dni, całe dwie walizki były wypełnione kiełbasą krakowską. Jakoś Polakom na misjach trzeba zrobić Mikołaja, a ten okazał się najbardziej trafiony.

Lotnisko międzynarodowe w stolicy – piszę to dla podkreślenia rangi miejsca – to budynek wielkości lotniska rzeszowskiego, a wygląd jak z czasów PRL-u. A to, co najbardziej rzuciło się w oczy i upewniło mnie, że jestem w Afryce, to chaos. Nawet gdyby zawiązali mi oczy, mniemam, że zgadłbym, iż jestem na międzynarodowym porcie lotniczym w prawdziwej, rasowej, czarnej Afryce. A coś, co najbardziej ucieszyło, to ciepłe powietrze. Trzeba było odstawić kurtkę ku wielkiej radości i jedziemy do centrum z s. Danutą i s. Dariuszą.

Wyjeżdżając z parkingu lotniskowego, Kamerun daje się poznać jako modern city. Dlaczego? Bo jedziemy osiem kilometrów jedyną w kraju autostradą – trzeba zaznaczyć, że niepłatną. Było ciemno, więc trudno było cokolwiek oglądać i zachwycać się innością miejsca.

Mój przyjazd do Kamerunu miał być maratonem odwiedzin, ale ja nie zdawałem sobie z tego sprawy, bo nie znałem ani odległości, ani dróg, jakimi miałem podróżować. Dobrze, że po nieprzespanej nocy był dzień na dojście do siebie, a pierwsze zaplanowane spotkanie miało odbyć się następnego dnia – z Nuncjuszem Apostolskim w Kamerunie, abp. José Bettencourtem. Znaliśmy się z Gruzji, bo to była jego poprzednia placówka dyplomatyczna.

Jak zwykle punktualnie i bardzo miło zostaliśmy przyjęci z s. Danutą. Ja miałem swoją sprawę dotyczącą pomocy przy organizowaniu pomocy rzeczowej, a dokładnie kontenerów wysyłanych z Polski do Kamerunu. Siostra zaś miała zlecenie dotyczące czegoś do wyszycia, bo na co dzień zajmuje się właśnie tym.

Miłe i ważne spotkanie. Umówiliśmy się jeszcze na ostatni dzień mojego pobytu, aby spotkać się dodatkowo z ambasadorem Zakonu Maltańskiego w Kamerunie. W końcu to robocza wizyta, a trzeba zawalczyć o obniżenie kosztów wysyłki kontenerów z pomocą.

Jaunde, jak pewnie każde większe miasto afrykańskie, ma swój własny porządek według afrykańskich prawideł. I pewnie europejska głowa ani tego nie zrozumie, ani nie pojmie. Pozostaje tylko zaakceptować i nauczyć się funkcjonować.

Nie ma tutaj autobusowej komunikacji miejskiej. Dwumilionowe miasto ma tylko tysiące małych, żółtych taksówek. Wszystko to poobijane, zdezelowane Toyoty Yaris, gdzie z przodu siedzi kierowca i dwóch pasażerów, a z tyłu – bez ograniczeń, w zależności od wagi i rozmiarów człowieka. Sygnalizacja świetlna w niektórych miejscach to tylko ozdoba skrzyżowania, bo i tak nikt się do niej nie stosuje. Znaki jakieś są, ale czasami zastanawiałem się – po co? Wyznaczone przejścia dla pieszych w ogóle nie wiem, po co były malowane. Przecież przechodzi się w każdym możliwym miejscu, a zasada jest jedna: ograniczyć ryzyko bycia rozjechanym…

Zatem jedziemy dalej za kilka dni… c.d.n.

Ks. Maciej Gierula