Ayos – cudowny świat dziecka
Ze stolicy Kamerunu siostry Dariusza i Amadeusza zabrały mnie do swojego królestwa misyjnego w Ayos. To niespełna dwie godziny drogi na zachód. Droga – o dziwo – była bardzo dobra. Dwa asfaltowe pasy i mnóstwo ciężarówek zmierzających z portu w Duali w głąb Czarnego Lądu albo w stronę przeciwną, z pustymi kontenerami, ewentualnie z bananami z północy. Dlaczego moje zdziwienie dobrą nawierzchnią drogi? Stąd, że gdy w kwietniu tego roku odwiedzałem Republikę Środkowoafrykańską, tam o takich nawierzchniach można było pomarzyć. Dziwiłem się, gdy mówiono mi, że Kamerun jest bogaty. Teraz rozumiem, że bogactwo ma inny wymiar oceny niż w Europie. Jakby nie było – to całkiem inny świat, inne kryteria, inne myślenie i inne możliwości. Oczywiście mówię tylko o zewnętrznej stronie głównej infrastruktury. Reszta będzie do opisania…

W Ayos zastał mnie widok dużego kościoła, gdzie pracują Paulini – ci sami zakonnicy co na Jasnej Górze. A obok kościoła przychodnia zdrowia z nowym, wykańczanym budynkiem porodówki, ponadto część formacyjna dla młodych sióstr Opatrznościanek i wreszcie część sierocińca. Wszystko udało się zobaczyć i nie można tutaj pozwolić sobie na inne oceny jak tylko podziw i uznanie. Dzieci w sierocińcu czekały na powitanie z przygotowanym repertuarem piosenek i tańców. W Afryce te dwa elementy muszą iść w parze – tego nie da się po prostu oddzielić. Jak jest śpiewane, to musi być tańczone. To oczywiste.

Jednak to, co najbardziej budziło paradoksalne uczucia i oceny, to historie dziewczynek, które zaczęły mi opowiadać siostry. Miało to być jakby przedstawienie swoich podopiecznych, a było wciskaniem w kanapę. Nie wiedziałem, co mam zrobić ze sobą, słysząc kolejne historie dzieci. Siostry od dzieciństwa znały każdą z nich – nieważne, czy miała trzy lata, czy już piętnaście. Nie wiedziałem, co zrobić ze sobą, gdy docierały do mnie takie historie z ich życia. Gdy słyszysz, jak jedna była przywiązywana do drzewa i przez dwa dni pozostawiona bez jedzenia i picia. Gdy matka, w wielkim zaufaniu do sąsiada, zostawiła dziecko, bo sama szła w pole. Robiła to nieraz, a pewnego razu on zgwałcił czterolatkę.
Naprawdę myślałem, że jedyną moją słuszną reakcją będzie uklęknąć przed tą młodą dziewczynką i… nie wiem co. Z jednej strony pewne uczucie zadośćuczynienia za kogoś, a z drugiej – poczucie strasznej bezradności wobec tego, co przeżyła. I próbuję nawet w tym momencie opisać, co myślałem czy co czułem – wierzcie mi, po prostu się nie da tego wyrazić i nie da się zmieścić w żadnych słowach. A z drugiej strony chciałoby się krzyczeć ich krzykiem i wołać ich wołaniem wobec każdego, kto tylko podniósłby rękę na jakieś dziecko. Jej historia to moja bezradność i niemy krzyk…

Tych historii było tyle, ile dziewczynek. W pewnym momencie sam powiedziałem, że nie dam rady: „Nie opowiadajcie więcej. Przepraszam… nie dam rady”. Ta bezradność mówiła jasno: takie miejsce jest konieczne i trzeba pomóc dzieciom poprzez siostry.. Po prostu nie można, absolutnie nie można przejść obojętnie. Tutaj nie grosz, nie stówka się liczy – tutaj jedynie gest ma znaczenie, a wycenę tego gestu zostawmy tym, których los absolutnie nie oszczędzał. One mają wszelkie prawa, bo nadal są ubogie i uczą się nieść te tragedie. Jedyne, co mają, to ogrom miłości od tych sióstr. To było widać, bo przychodziły i tuliły się raz do jednej, raz do drugiej siostry, a jeśli nie – to same siostry podchodziły i najdroższe gesty miłości im ofiarowywały. To najcenniejsze, co mogą mieć teraz, i chyba jedyne, czego im naprawdę potrzeba. Moje wielkie uznanie dla tych sióstr – Amadeuszo i Dariuszo – Bóg zapłać.

Kiedy następnego dnia s. Celestyna zaprowadziła mnie do ośrodka zdrowia, widziałem tylko jedno – jej świecące oczy. Cała przychodnia to prawdziwe oczko w głowie tej siostry. Z ogromu jej emocji, gdy o tym opowiada, można by obdzielić bardzo wielu ludzi. To jej życie! A budowa nowej porodówki to wizja nie tylko wznoszonych murów i wyposażenia, jakiego nie ma w całej okolicy – to wizja zdrowych dzieci i bezpiecznie rodzących mam. To likwidacja zagrożeń podczas porodów. To coś więcej, czego jako facet ani nie jestem w stanie zrozumieć, ani nawet przejąć choćby dziesięciu procent tej wizji. Jedyne, co mogę, to podziwiać – i to właśnie wywożę z Ayos.

Chciałoby się tam zostać jeszcze długo, by oddychać tym powietrzem nowości i pierwszego zetknięcia się z misjami w Kamerunie, ale jedziemy dalej – do Essenbot…
Ks. Maciej Gierula
