DIMAKO I BERTOUA OAZY KAMERUŃSKIE
Kiedy wróciliśmy do Duome z bp. Janem po Mszach rozesłania katechistów – a co ważne, także z darami składanymi podczas tych Eucharystii: gdaczącą kurą, jajkami, kozą na sznurku, niewielką świnią ze związanymi nogami, ogromnymi, nie do udźwignięcia kiściami bananów oraz wieloma innymi miejscowymi owocami i warzywami, których nawet nie potrafię nazwać – w Duome czekała już na mnie s. Virgilla z Dimako.

To wciąż jazda na północ Kamerunu – w stronę Czadu albo przejścia granicznego z Republiką Środkowoafrykańską. Miałem jeszcze wspinać się dalej, by zobaczyć jak najwięcej z polskich misji w tym afrykańskim kraju. Dimako to miasteczko, w którym kiedyś działała francuska fabryka przerabiająca drewno. Stąd tak duża populacja. Jednak kiedy – mówiąc kolokwialnie – Francuzi się „zwinęli”, zabrali ze sobą fabrykę. Ludzie, którzy przybywali tu tłumnie za pracą i osiedlali się z nadzieją na lepsze życie, zostali bez środków do życia. Wracać często nie było dokąd, a pracy już nie było.

Siostry karmelitanki w Dimako prowadzą szkołę i tworzą bardzo międzynarodową wspólnotę, z przewagą sióstr pochodzących z krajów afrykańskich. Piszę o nich, bo bardzo urzekły mnie swoim spokojem, serdecznym przyjęciem i głębokim duchem modlitwy, w którym realizują charyzmat swojego powołania. Piękne jest to, że struktura Kościoła w Kamerunie rozwija się nie tylko poprzez kolejne misje, szkoły i przychodnie zdrowia, ale również przez silne zaplecze modlitewne. To budujące i świadczy o rosnącej samodzielności oraz dojrzałości organizacyjnej katolików w tym kraju.
Szkoda, że pobyt był tak krótki. Chciałoby się usiąść i słuchać sióstr opowiadających o Kamerunie i swojej pracy oczami Afrykanek z Konga czy Burundi.

Bertoua
Do Bertoua dotarłem późnym wieczorem. Miasto bardzo zatłoczone – jakby inny świat w porównaniu z tym, co dotychczas widziałem. To podobno trzecia co do wielkości aglomeracja w kraju. Mój kierowca, s. Norberta, całe swoje misyjne życie spędziła właśnie tutaj – w Bertoua. To ponad 30 lat pracy wśród tych ludzi. Doskonale zna ich mentalność. Ciekawe są jej opowieści o tym, jak musiała się jej uczyć i ile błędów po drodze popełnić, by naprawdę zrozumieć miejscową kulturę.

Jeszcze miesiąc temu miały tu miejsce jedne z największych rozruchów i manifestacji w kraju. Były one związane z ogłoszeniem wyników wyborów prezydenckich. Prezydentem ponownie został człowiek sprawujący władzę nieprzerwanie od 1983 roku, obecnie w wieku 94 lat. Taki był werdykt komisji wyborczej. Jego kontrkandydat – muzułmanin – twierdził, że wybory zostały sfałszowane i wyprowadził ludzi na ulice. Najwięcej zwolenników miał wśród współwyznawców, a w Bertoua mieszka ich szczególnie wielu. Wynika to z faktu, że islam dotarł do Kamerunu stosunkowo niedawno – z północy, od strony Nigerii i Czadu. Dlatego północ kraju jest bardziej muzułmańska niż inne regiony.
Trzeba przyznać, że zamieszki dość szybko ucichły i można było bezpiecznie przyjechać. Zresztą sam przekładałem termin wyjazdu do Kamerunu właśnie z tego powodu.

Siostry mieszkają niemal w centrum miasta, w domu zakupionym kiedyś przez polskiego misjonarza, który miał duży udział w tworzeniu uniwersytetu w Bertua. Dziś ten ksiądz wrócił do Polski, ale nadal jest konsultantem w Duali przy powstawaniu katolickiego uniwersytetu. To potwierdza pewną regułę: z misji trudno wyjechać, gdy zostawiło się tam serce – z miłości do ludzi – i głowę pełną doświadczenia zdobywanego przez lata trudów.
Żłobek
Siostry prowadzą coś na wzór polskiego żłobka dla małych dzieci. To bardzo praktyczna inicjatywa, choć wciąż stosunkowo nowa w realiach afrykańskich. W Afryce dziecko tradycyjnie pozostaje z matką. Jednak wraz z urbanizacją i europeizacją stylu życia coraz więcej kobiet podejmuje pracę zawodową, a wtedy potrzebna jest opieka nad dziećmi. To kolejny obszar, w którym misjonarze wnoszą konkretne rozwiązania odpowiadające na nowe potrzeby społeczne.

Dzieci nie były zbyt skore do uśmiechów wobec nowego, białego przybysza. Patrzyły z dystansem – jakby ktoś obcy wtargnął do ich świata. Całkowicie to rozumiem. Ich nieufne spojrzenia są naturalne. Za to opiekunki, kształcone przez siostrę, widać było, że wkładają w swoją pracę wiele serca i naprawdę traktują dzieci jak własne. To daje pewność, że są w dobrych rękach.
Druga z sióstr pracuje w publicznym szpitalu jako pielęgniarka. Od lat doświadcza realiów państwowej służby zdrowia. Jej opowieści to materiał na osobny rozdział. Proszę tylko sobie wyobrazić…
Ks. Maciej Gierula
