PRZEZ SŁYNNĄ NGUÉLÉMENDOUKĘ…

Wreszcie! Siostra Barbara dała mi prowadzić zakonną Toyotę Land Cruiser po wyboistej drodze z Essen do Nguélémendouki. Nie powiem, jest to jakieś wyzwanie, ale właśnie to chciałem zrobić – jechać po Kamerunie. Wiem, to śmieszne, ale zrozumcie faceta kochającego kierownicę.

Nguélémendouka to ogromna misja – nie tylko kościół, ale także wielka szkoła średnia, budynki mieszczące coś na kształt świetlicy pełniącej rolę douczania dzieci oraz oczywiście misyjna przychodnia zdrowia z nieocenioną s. Assuntą, która od 28 lat pracuje w tym miejscu. Na tej misji jest również s. Goretti Bober i jest tam dokładnie o 10 lat dłużej. To jeden z najdłuższych – nazwijmy to – pontyfikatów misyjnych w Kamerunie. Sam się zastanawiam, jak to jest przyjechać na misje w 1987 roku i być tam do dzisiaj. To niemały wyczyn.

Z obiema siostrami będzie wywiad na kanale YouTube Fundacji Pro Spe. W tym miejscu bardzo zachęcam do oglądania. Takich bohaterów misji trzeba promować. Dlaczego? Bo ich całe życie to misja. A poza tym ciekawie o tym opowiadają.

Poza tym w Nguélémendouce prowadzone są wielkie inwestycje – obecnie budowany jest ogromny amfiteatr. Miejsce ma pomieścić kilka tysięcy ludzi. Związane jest to z Sanktuarium Matki Bożej w tym właśnie miejscu. To taki wielki kościół pod gołym niebem. Obok budowana jest grota na dużą figurę Matki Bożej. Oczami wyobraźni można zobaczyć – albo przynajmniej domyślić się – jak wyglądają tam spotkania młodych czy miejscowe odpusty. Tam to dopiero musi być wielka radość i ogrom tańca.

To wszystko jest jedną wielką modlitwą w pełni wyrażającą człowieka z Kamerunu. Człowieka z Afryki o wrażliwości skupionej na rytmie, tańcu – z całą symetrią i dokładnością, ale także z zaangażowaniem wszystkich części ciała. Nie wiem, czy dobrze to oceniam, ale mając wiele okazji przyglądać się tańcom Afrykańczyków, można tylko podziwiać. Mało tego – kiedy nieraz próbowałem ich naśladować, nawet z całym moim szczerym zaangażowaniem i poświęceniem, na jakie tylko mnie stać, nie potrafiłem dorównać nawet do połowy tego, co oni sami wyrażają sobą w tym tańcu.

Stąd pomysł rozbudowy misji na pewno wpisuje się w kulturę zakorzenioną w tych ludziach i głęboko osadzoną w ich naturze. Tym sposobem najlepiej i bardzo profesjonalnie opowiada się Bogu o sobie. Tak myślę, że takie misje przydałyby się i nam.

Kolejna inwestycja w Nguélémendouce to nowy kościół blisko centrum miasteczka. Jak tłumaczył bp Jan Ozga, ziemia pod ten cel została zakupiona już ponad 20 lat temu i czekała na swój czas. Teraz, kiedy misja coraz bardziej przybiera rolę sanktuarium i ośrodka edukacyjnego, życie parafialne można przenieść, a sama misja będzie się rozwijać w kierunku bezpośredniej pomocy chorym i edukowanym.

Dalej z Nguélémendouki z s. Goretti pojechaliśmy do Doumé. To siedziba diecezji, gdzie od lat urzęduje ks. bp Jan Ozga. Bardzo miłe miejsce, przystosowane do swojej roli. Bp Jan przyjął mnie z wielką gościnnością. Miałem okazję nie tylko poznać personel pracujący z nim, ale także zobaczyć kolejną wielką misję złożoną z wielu budynków przeznaczonych na internaty dla młodzieży chcącej zdobywać umiejętności zawodowe. To swoisty kameruński kombinat edukacyjny.

Wyobrażałem sobie, że kiedy to wszystko zacznie w pełni działać, będzie to wymagało ogromnych nakładów, ale też tysiące ludzi otrzyma swoją szansę nauczyć się praktycznych zawodów – krawiectwa, mechaniki, stolarki itp. To naprawdę świetnie pomyślane i mam nadzieję, że wszystkie misje będą kiedyś korzystać z pielęgniarek kształconych w tym miejscu.

Pamiętam, to była sobota spędzona z bp. Janem. Dzień został wypełniony dwiema Mszami świętymi. Może to wydać się dziwne, ale jeśli spodziewasz się mniej niż trzech godzin w kościele – zapomnij. W dodatku miejscowi uznają, że pogniewałeś się na nich, jeśli celebrowałeś krócej.

To ma być święto, to ma być moc celebracji. Kapłan patrzący w oczy ludzi i ludzie wpatrzeni w kapłana. Ma być śpiew – nie jako wypełniacz czasu cichych czynności liturgicznych księdza, ale jako wyraz każdego z osobna i całej wspólnoty. Ma tworzyć, scalać, zespajać wspólnotę i dowartościowywać każdego uczestnika. To tak, jakby łapało się Boga za ręce do wspólnego tańca.

To tak, jakby sam śpiew był objawiony i stawał się najlepszym dialogiem tego, kim jest człowiek i kim jest Bóg. To pomost natury Boskiej i ludzkiej. Dlaczego tak piszę? Bo tam nie ma udawania – tam jest pełnia uczestnictwa poprzez wyrażenie siebie, oddanie siebie. To jakby prosta mentalność: to jest prawdziwy mój czas i Boga – i obaj jesteśmy w pełni sobą.

Tak właśnie wyglądał pogrzeb 82-letniej kobiety, na który zostałem zabrany. Cała Msza odbywała się przy domu, w którym mieszkała zmarła. Trumna była w kształcie księgi i koloru białego. Była otwarta, a ciało przykryte szybą ze względu na wysoką temperaturę.

Na końcu przemawiali: biskup, szef wioski i rodzina. To było autentyczne – takie miałem wrażenie. Potem zmarła została pochowana w grobie wykopanym niedaleko swojego rodzinnego domu. Tam nie ma cmentarzy. Tam dom jest wszystkim i ma być wszystkim.

A co później? Jedna wielka stypa. Jak mi mówiono, bardzo możliwe, że będzie trwała do następnego dnia wieczorem, a może nawet dłużej. Balony, muzyka, tańce i mnóstwo jedzenia – mimo tamtejszej sytuacji. Pogrzeb to święto zmarłego, ale świętują żywi. Jest to mocno zakorzenione w tych ludziach.

Jak mówił biskup, tych tutaj nie namówisz na cmentarz – nie ma takiej szansy. Zmarłego duch żyje…

ks. Maciej Gierula