Essiengbot – las pełen tajemnic

Niedaleko za Ayos skręciliśmy w stronę miasteczka, które swoją świetność miało już za sobą. Najbardziej tajemnicze w tej osadzie było to, że zbudowali ją Niemcy. Początkowo wzbudziło to we mnie zdziwienie, ale tak naprawdę… czemu miałbym się dziwić? W końcu Afryka była ewangelizowana zarówno przez katolików, jak i protestantów. Niezależnie od rodzaju chrześcijaństwa, duże znaczenie miało pochodzenie misjonarza – każdy przywoził swoje wychowanie, swoje naleciałości i porządek. Jak wspominały siostry, tak rzekomo kiedyś tutaj było. Teraz – obraz pobojowiska. To kolejny kamyczek do zrozumienia, dlaczego „biali” misjonarze czasami sentymentalnie wzdychają, wspominając misje, które sami budowali. Co będzie z tym w przyszłości…?

Essiengbot

Dojechaliśmy do Essiengbot wjeżdżając na teren misji, gdzie witał nas pokaźny kościół i dom mieszkalny dla księdza – do niedawna mieszkał tu ks. Michał z Warszawy. Dalej rozciągał się potężny plac między podłużnym budynkiem sióstr a szkołą. Na rozpakowanie nie było wiele czasu – zresztą, co tu rozpakowywać, skoro już jutro ruszamy dalej? Plan trzeba było zrealizować.

Siostry Regina i Annuncjata przywitały gości tradycyjnym polskim sposobem na „misia”. Niezależnie od sposobu powitania, najważniejszy był uśmiech i radość. Dzieci w przedszkolu czekały już ze swoimi kwiatkami wykonanymi z bibuły. Wierszyk po francusku, wypowiedziany stanowczym tonem małego żołnierza – może cztero- lub pięcioletniego – robił ogromne wrażenie. Wzrok utkwiony w dal, główka kiwająca się z każdym słowem, jakby dyrygowały same sobie, by zachować rytm nauczonych przez nauczycielki słów. Choć nic nie rozumiałem, musiałem zachować powagę – ton i styl powitania wymagały stanięcia na baczność, mimo mojej przewagi wzrostowej. Dzieci są niesamowite – wystarczy kilka ciepłych słów, by radość była ogromna.

Na ogromnym dziedzińcu szkolnym młodzież szkoły podstawowej stała w równych odstępach. Gdyby jakiś kontroler dyscypliny wziął metr, byłby zachwycony. Szkoła jako drużyna z pewnością zdałaby egzaminy na kierunki wojskowe. Powitanie i wspólne śpiewy robiły wrażenie, ale to, co zachwyciło mnie całkowicie, to ostatni akcent spotkania z dziećmi. Dla mnie była to nowość – dla nich codzienność: komenda „baczność”, odśpiewanie hymnu narodowego Kamerunu i ściągnięcie flagi z masztu. Całą szkołą dowodziła s. Regina, skutecznie wychowując młode pokolenie razem z nauczycielami.

Inkubator

Krótka wizyta w niewielkiej przychodni i oprowadzenie przez s. Annuncjatę prowadziło do jednego – inkubatora, który siostra zakupiła ze środków Fundacji Pro Spe. Jej radość była ogromna. Opowiadała instrukcje obsługi niemal jednym tchem, wskazując palcem każdy przycisk. Stałem i podziwiałem nie inkubator, ale szczęśliwą siostrę, która widziała w nim uratowane życie swoich najmłodszych pacjentów. To było piękne doświadczenie – szczęście nie miało sobie równych.

Wioska Pigmejów

Na koniec dnia padła propozycja, czy chciałbym pojechać do wioski Pigmejów. Zgoda była tylko formalnością – wyjazd był już zaplanowany. To zaledwie trzy, może cztery kilometry w las. Jedyną niewiadomą było, czy mieszkańcy będą akurat w domach przy drodze, bo to tylko reprezentacyjna strona wioski. Prawdziwe życie, wierzenia i tradycje praktykowane są głębiej w lesie. Mieliśmy szczęście – siostry były tu znane, bo ludzie czasami przychodzą do ośrodka zdrowia, traktując je jak dobrodziejki.

Szef wioski powitał nas – decydował o spokoju, rozstrzygał spory, upominał awanturników, kontrolował kształcenie dzieci. Dzieci nie różniły się od wszystkich dzieci na świecie, poza jednym: jednorazowe upomnienie szefa działało. Niektóre były ubrane tylko w koszulkę sztywną od noszenia i zabrudzenia, inne w spodenkach z mocnym kolorem miejscowej ziemi. Mimo trudnych warunków, nie było widać smutku. Obietnica cukierków w zamian za taniec pigmejski wystarczyła – dzieci ustawiły się w sekundę, śpiew był potężny, a taniec pełen energii.

Essiengbot to las, to dżungla. Można zadawać naiwnie pytania: gdzie mieszkają ci ludzie, którzy przychodzą do ośrodka zdrowia, skąd setki dzieci w szkole? Siostra odpowiada, machając ręką: „W lesie”. Nie zna wszystkich osad, małych wiosek czy pojedynczych domów. Ci ludzie żyją tak, jak ich dziadkowie i pradziadkowie – ziemię, którą chcą uprawić, muszą wyrwać dżungli. Stałem i kręciłem głową – to nie mój świat, to trudne życie, emigracji nie mają dokąd. A gdyby ktoś zapytał mnie: „Jak wyżywić siedmioro dzieci?” – sam nie wiedziałbym, co odpowiedzieć.

Ks. Maciej Gierula