Esseng – Całe życie wioski to misja

Z powrotem przez Ayos do Esseng wiodła droga, która nigdy nie widziała asfaltu. Generalnie przejazd nią jest możliwy, ale tylko w porze suchej. Pora deszczowa, choć niezbędna do życia, odcina ludzi od podstawowej komunikacji między miasteczkami i wioskami. Jedynym transportem i sposobem poruszania się pozostają własne nogi. Dla nas, wygodnych Europejczyków, to przeszkoda budząca wielkie biadolenia i wręcz zwiastująca koniec świata, ale dla miejscowych to normalna codzienność – trzeba po prostu wstać i przejść 40 kilometrów w czerwonym błocie. Może wydaje się to śmieszne, ale gdy trzeba, to trzeba.

W miasteczku przy głównej drodze łatwiej sprzedaje się banany, kakao czy inne produkty. Stąd ludzie muszą iść do Ayos z Esseng, pokonując około 60 kilometrów, aby zarobić równowartość kilku dolarów na życie swojej rodziny. Taka kwota musi wystarczyć na kilka tygodni.

Siostry od Aniołów

Esseng to niewielka wioska przy drodze z Ayos do Ngelemenduka. Pracują tam siostry bezhabitowe ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów. Są tam od bardzo dawna. Uzupełniają misję złożoną z kościoła, a same zajmują się szkołą, przedszkolem i przychodnią zdrowia. Wszystko wygląda bardzo podobnie jak w innych miejscach tego typu. Miałem szczęście, że podczas mojego pobytu w tym miejscu na świat przyszły dwa noworodki. Siostry nie omieszkały wykorzystać sytuacji, aby uczynić ze mnie… zwiastuna przyrostu demograficznego. Żadna moja zasługa, ale honory w takim temacie chętnie przyjąłem. Rano zaproponowałem, że – jeśli to możliwe – przywitam się z nowym obywatelem Kamerunu, ale mama dziecka urodzonego w nocy już wróciła do domu. Ku mojemu zdziwieniu, że to chyba za wcześnie, siostry wyjaśniły, że to całkowicie normalne – żadna matka nie zostaje tu dłużej niż kilka godzin po porodzie. Tylko zastanawiam się, co robi kobieta, której droga do domu liczy kilkadziesiąt kilometrów… Trudno to sobie wyobrazić.

Dzieci w szkole przywitały mnie z wielkim entuzjazmem – to jest coś, czego im na pewno nie brakuje i co potrafi rozmiękczyć człowieka. Można tylko z podziwem wyobrażać sobie klasy liczące po kilkadziesiąt dzieci, gdzie panuje cisza, a słychać tylko nauczycieli tłumaczących swoje przedmioty. Dyscyplina tych dzieci jest godna podziwu i zasługuje na wsparcie – po prostu chcą się uczyć i korzystać z dobrodziejstwa edukacji.

Kuchnia w Esseng

Miałem okazję zobaczyć kuchnię, w której przygotowywane są posiłki dla przedszkolaków. Fundacja Pro Spe uczestniczy w tym dożywianiu, ale to, co mnie zdziwiło, to wygląd samej kuchni. Palenisko, a w ogromnej misce gotowane było coś białego. Nie pamiętam dokładnie, co to było, ale na pewno jakiś produkt mleczny, z którego później robiono miejscowe pączki. Dla kucharza mojego poziomu – sporo wiedzy! Wygląd kuchni nie przeszedłby żadnej kontroli w Polsce, ale tam i tak był to wysoki standard. Występy przedszkolaków i ich szczęście malujące się na twarzach pozostaną na długo w mojej pamięci. Towar, który najchętniej bym „importował” z Afryki, to mieszanka muzyki i tańca – tyle szczęścia w szczęściu.

Trup na motorze

Po odwiedzinach każdej klasy dało się zauważyć poruszenie przy bramce ośrodka zdrowia. To, co zobaczyłem, zupełnie mnie zaskoczyło. Siostra Barbara, dobrze obeznana z miejscowymi zwyczajami, pokazała mi palcem: „Popatrz na tego człowieka, którego usadzają tyłem do kierowcy na motorze.” – „Widzę” – odpowiedziałem. To trup!

Co?

Wczoraj zmarł mężczyzna w naszym ośrodku zdrowia, pobity przez własną żonę. Ładują go na motocykl i wiozą do Abong Bang, do kostnicy, gdzie będzie oczekiwał na pogrzeb. Moje zdziwienie nie miało końca. Na motorze, pomiędzy kierowcą a pasażerem podtrzymującym zmarłego, jechał on przywiązany sznurkiem do kierowcy. Tak mieli pokonać około 50 kilometrów. Nie mogłem znaleźć słów ani komentarza – po prostu nie mieściło mi się to w głowie.

Pogrzeb jest największym wydarzeniem dla rodziny i społeczności wioskowej. Gromadzi najwięcej ludzi. Wyciągane są najlepsze stroje. Proszę nie myśleć, że powaga z Polski jest taka sama jak w Afryce – bez tańca i śpiewu skocznego nie ma ważności takiego spotkania. Tak to wygląda… Nieboszczyka wozić na motorze – ciekawe doświadczenie…

Ks. Maciej Gierula