Językiem serca

Autor wpisu

Jadzia

Data

cze 29, 2016

Kategorie

 Pobyt na wolontariacie w Gruzji to był piękny czas w moim życiu. To czas nie tylko zmagania się z własnymi słabościami, ale także uczenia się akceptacji innych osób takimi, jakimi są. Jednak wolontariat w Gruzji był przede wszystkim nauką pokory.

         Podczas pierwszego obozu w Khizabavrze w Samcche-Dżawachetii przebywaliśmy 1600 m n. p. m., w sercu gór, które przykryte były głazami porośniętymi trawami. Dzieci, którymi zajmowaliśmy się wtedy były miłe, sympatyczne i miały tak gorące serduszka, jak klimat samej Gruzji. Mimo tego, że większość z nich mówiła tylko w języku gruzińskim, to nawet z nimi można się było porozumieć gestem, mimiką bądź za pośrednictwem dzieciaków, które znały jeszcze inny język. Podczas tego obozu uświadomiłam sobie, że znajomość języka nie jest aż tak ważna. Najważniejsza jest obecność, bliskość, ciepło i czas, który możemy podarować tym dzieciom, bo one tego właśnie potrzebują. Trzeba podać im rękę, czasem gdzieś zanieść, uśmiechnąć się do nich i spytać, czy dobrze się czują.

                   Cudownie było usłyszeć słowo dziękuję zwłaszcza w języku polskim, czy też zobaczyć rozradowaną twarz dziecka ze śmiejącymi się oczkami, kiedy usłyszało pochwałę albo ciepłe słowo. Najpiękniejsze co można było zaobserwować w tej wiosce, a jednocześnie w pozostałych rejonach Gruzji, to spędzanie wieczorów w gronie najbliższych i brak pędu życia. Dzieci gruzińskie są bardzo, ale to bardzo kreatywne. Lubią tańczyć, śpiewać, występować w różnych przedstawieniach, grać w siatkówkę i piłkę nożną. Podczas górskich wędrówek były bardzo wytrwałe i cierpliwe, na pewno wiele w życiu przeszły. Nie boją się podejmować nowych wyzwań, co dało się zauważyć, kiedy robiłyśmy im maski gipsowe – wspaniały pomysł zainicjowany przez Natalię. My Polki, mimo że nie znałyśmy gruzińskiego poza podstawowymi słowami, to jednak zyskałyśmy sympatię dzieciaków. Mimo trudności językowych mogłyśmy działać i przedstawiać swoje pomysły wolontariuszom, którzy tłumaczyli je dzieciom. Jestem wdzięczna całej grupie wolontariuszy za współpracę, a dzieciakom za naukę języka serca – języka, który jest obecny wszędzie na całym świecie.  Wystarczy tylko zacząć się nim posługiwać…

                   Po  obozie w Khizabavrze pojechaliśmy na kończący się już kolejny obóz w Khizabavrze w Kachetii, gdzie było równie pięknie, ale już znacznie cieplej. Góry były pokryte lasami. Każde domostwo miało przydomowe winnice. Cudownie było spotkać więcej Polaków i uczestniczyć we Mszy Św. odprawianej w języku polskim. Dzieciaki na tym obozie były starsze, ale też mniej ufne. Pewnie dlatego, że pojawiłyśmy się tam na koniec obozu. Z tej grupy najbardziej zapamiętam bliźniaków cygańskiego pochodzenia. Jedno z bliźniąt zachorowało. Pomoc mu okazana utwierdziła mnie w przekonaniu, że obrałam dobry kierunek na przyszłość. Studiuję medycynę. Mogłam się przekonać, że Gruzja potrzebuje i będzie potrzebować różnych wolontariuszy – także tych, którzy myślą o tym, by w przyszłości zostać lekarzem.

            Po tym obozie pozostał nam ostatni obóz Word Camp. W remontowanym przedszkolu mieszkali uchodźcy z Osetii Południowej. Stan pomieszczenia, który zastaliśmy, był straszny. Ale motywacja, jaka przyświecała nam każdego dnia, dodawała sił i przekonania, że nie można się poddawać. Trzeba się cieszyć każdym, chociażby najmniejszym nawet postępem w naszej żmudnej pracy. Codzienna Msza Św. w naszym narodowym języku napełniała nas wszystkich nadzieją, bez której nie bylibyśmy w stanie nic zrobić. Najbardziej przemówił do mnie fakt, że na piętrze w tym przedszkolu dzieciaki musiały zachowywać się na tyle spokojnie, żeby nie wylądować przypadkiem piętro niżej. Mimo trudności udało nam się zakończyć te prace.

              Na koniec naszego pobytu w Gruzji pojechaliśmy jeszcze do Batumi, gdzie mogliśmy naprawdę odpocząć i jednocześnie zobaczyć kontrast między nadmorskim kurortem, a górskimi terenami gruzińskich wiosek. Zadziwiające, że w tak niewielkim kraju są tak ogromne różnice.                     Cały ten pobyt w Gruzji skłaniał mnie każdego dnia do refleksji i wiele mnie nauczył. Przede wszystkim tego, by dziękować Panu Bogu za ten piękny czas spędzony w Gruzji, ale także za polską codzienność, za każdą drobnostkę, bo w tych najmniejszych rzeczach, czynnościach znajduje się najwięcej miłości i Bożej obecności. Piękne słowa, które usłyszałam od naszych kleryków już zawsze będą mi przypominać mój wolontariat w Gruzji:  ,,Jak świeca, która żeby dawać światło musi się spalać, tak i my, żeby osiągnąć prawdziwe szczęście i podarować je komuś, musimy się poświęcać i ponosić trud”. Myślę, że słowa błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty oddają prawdziwy sens wolontariatu. „Należy dawać to, co jakoś kosztuje, wymaga poświęcenia, pozbawia czegoś, co się lubi – aby dar miał wartość przed Bogiem”.

  Monika L.

Podobne posty

Jak to się wszystko zaczęło – legenda gruzińska
Jak to się wszystko zaczęło – legenda gruzińska

Każdy kraj, naród ma swoją historię. Są również legendy, które zabierają nas nie tylko w odległe czasy ale niejednokrotnie w świat, których nie zobaczymy. Zapraszamy do poznania dwóch legend o powstaniu Gruzji, czyli Sakartwelo.