KATONDWE – SZPITAL NA KILKASET KILOMETRÓW

Polska misja w sercu Afryki

Misjonarze polscy to jedna z najbardziej ciekawych historii obejmujących – nie przesadzając – zaangażowanie Polaków w oddolne, skuteczne i efektywne zmienianie świata. Może poprzednie zdanie jest banałem, ale jest ono najszczerszą prawdą. Każdy życiorys misyjny nie jest pisany doświadczeniami jednej osoby, ale doświadczeniem setek albo i tysięcy osób korzystających z pomocy. Za taką ideą idziemy w Fundacji Pro Spe z pełnym zaangażowaniem i całym przekonaniem.

Podróż do Katondwe i historia szpitala

Moja kwietniowa wizyta w Zambii w 2026 roku była niezwykła. Miałem okazję poznać coś, co rodzi w wyobraźni każdego, kto nie zawitał w misyjnym świecie, jedynie małe wyobrażenie. Zambia należy do trójki krajów na świecie, gdzie pracuje najwięcej misjonarzy z Polski. I nie chodzi mi tylko o stan z dnia dzisiejszego – pierwsi misjonarze dotarli tam już ponad 100 lat temu. Można sobie tylko wyobrazić podróż dziesięć dekad temu do kraju na południu Afryki. Można wyobrażać sobie, że był to bilet w jedną stronę, bo nie było to takie łatwe, aby przyjechać na urlop czy w odwiedziny do rodziny.

Na lotnisku odebrała nas siostra służebniczka, która jest kolejnym pokoleniem tego zakonu, służąc w Zambii, ale co ważne – była już obywatelką tego kraju. Pojechaliśmy bezpośrednio do szpitala w Katondwe. Droga trwa około 5 godzin. Co warto wspomnieć i napisać, a co nie jest takie oczywiste w krajach afrykańskich – całą drogę jechaliśmy asfaltem. To właśnie dzięki względnie dobremu stanowi drogi podróż trwa „tylko” 5 godzin.ało ich życie w tamtych czasach. Sam widok opowiada historię i budzi ogromny podziw oraz uznanie dla naszych rodaków.

Szpital za dwa czy trzy lata będzie świętował swoje stulecie. Pierwsi jezuici, zakładając w tamtych warunkach placówkę misyjną, dotarli tam z Zimbabwe. Wszyscy przez kilka pokoleń umierali w tamtym miejscu i są pochowani na specjalnym misyjnym cmentarzu. Dlaczego ten cmentarz jest taki specjalny? Bo zazwyczaj miejscowi swoich przodków chowają przy domach. Groby misjonarzy wyglądają tak samotnie jak ich ówczesne życie. Sam widok pisze historię i pobudza wyobraźnię, przez którą przemawia podziw i uznanie dla naszych rodaków.

Szpital dzisiaj i codzienna praca

Obecnie placówka jest kierowana przez s. Mirosława Góra, która z wykształcenia jest chirurgiem, pediatrą i specjalistą od chorób tropikalnych. Jest już na misjach niespełna 40 lat, co pozwoliło jej wychować pokolenia nowych lekarzy pod jej okiem. Dzisiaj ci medycy, rozsiani po całym kraju, nie tylko służą ludziom swoją wiedzą i przekazanym doświadczeniem, ale także pewnym etosem pracy jako częścią wychowania.

Szpital w Katondwe obsługuje rocznie około 20 tys. pacjentów i ma prawie wszystkie oddziały pomagające miejscowym ludziom. Co warto wspomnieć – ma tylko jedną karetkę, a dokładnie mówiąc samochód terenowy pozwalający dowieźć chorego. I coś, co w Polsce jest nie do wyobrażenia – ten samochód jeździ bardzo rzadko. Dlatego że chorzy zazwyczaj sami są dowożeni na rowerach czy najczęściej na motocyklach. Ponadto pacjenci to nie tylko Zambijczycy, ale mieszkańcy przygranicznych terenów Zimbabwe i Mozambiku. Dlaczego są tutaj? Bo w przestrzeni kilkuset kilometrów nie mają innej pomocy szpitalnej. Dla przykładu – co powiem z wielkim przerażeniem – leżała pani z Mozambiku po operacji amputacji nogi. Dlaczego? Robiła pranie nad rzeką, jak każda kobieta, nagle wyskoczył z wody krokodyl i odgryzł jej część nogi. Teraz o jednej nodze będzie wracać do domu razem z mężem, który przez cały czas pobytu jest z nią.

Pomoc, doświadczenie i refleksja

Fundacja Pro Spe ma udział w rozwoju tego szpitala, bo z projektu Polskiej Pomocy, który jest częścią humanitarnego zaangażowania polskiego MSZ, zbudowaliśmy oddzielny budynek przeznaczony do umieszczenia aparatu RTG i oczywiście zakupiliśmy taki aparat. Siostry prowadzące ten szpital są bardzo wdzięczne za to, że pomaga on lepiej stawiać diagnozę i wspiera leczenie. Muszę to napisać, bo darczyńcami są wszyscy polscy podatnicy – najbliższa taka „maszyna” jest w stolicy, czyli 5 godzin drogi samochodem albo 8 godzin autobusem, co dla przeciętnego Zambijczyka jest niemożliwe do zrealizowania.

Szpital zrobił ogromne wrażenie, zwłaszcza pod kątem potrzeb i organizacji. To kolejny pewny dowód na to, że pomoc ma sens i jest ogromnie potrzebna.

Pewnie historii można pisać bardzo wiele, jak choćby pierwsze doświadczenie bycia na sali operacyjnej podczas szycia pacjenta. To tylko potwierdza, że ja nie nadawałbym się na lekarza, bo widok szycia całej jamy brzusznej nie był dla mnie zbyt ciekawy. A to, co zapamiętałem z tej sali, to ubiór lekarzy w białe gumiaki. Dlaczego pytałem siostrę dyrektor? Bo zagrożenie pacjentami zakażonymi HIV albo niepewność, czy ktoś jest nosicielem, czy nie, zawsze pozostaje w tym terenie. Jak widać, ryzyko jest bardzo duże i na swoje sposoby się zabezpieczają.

Ten szpital w Katondwe to na pewno duma działań polskich misjonarzy…

ks. Maciej Gierula