Kuba, której nie zobaczysz w katalogach podróży

Pięć lat na Kubie. Nowa parafia i ludzie, którzy szybko stali się bliscy

To już piąty rok, odkąd pracuję na Kubie jako misjonarz. W tym roku z powodu braku kapłanów, w połowie stycznia, po uzgodnieniu z księdzem biskupem, rozpocząłem pracę w nowej parafii św. Joachima w miasteczku San Luis, około 30 km od Santiago de Cuba. Jest to małe i spokojne miasteczko, gdzie życie, pomimo wielu trosk, toczy się nadzwyczaj spokojnie. Tutaj niemal każdy zna każdego, a ludzie są niezwykle życzliwi. Już po niecałym miesiącu wiele osób bez problemu rozpoznawało mnie jako nowego proboszcza, a dzieci z katechezy, które bawiły się przed domem, witały się głośnym: „Padre!”. Mieszkańcy San Luis szybko zyskali moją sympatię i okazali się ludźmi niezwykle gościnnymi oraz otwartymi. To pomogło mi łatwiej zaaklimatyzować się w nowym miejscu.

Radość dzieci i młodzieży – wiara, która nie poddaje się trudnościom

Przełom maja i czerwca to dla dzieci z naszej parafii miesiąc szczególny. To właśnie wtedy, po całorocznej katechezie, mogą przyjąć chrzest święty i przystąpić do I Komunii Świętej. W tym roku dziesięcioro dzieci z naszej parafii mogło dostąpić tego zaszczytu. Był to dzień pełen radości i wzruszeń. Dzieci z wielkim przejęciem oczekiwały tej chwili, a po Mszy Świętej odbyło się krótkie spotkanie z rodzicami.

W tych miesiącach odbyło się również wiele spotkań z młodzieżą. W zależności od pogody i dostępności prądu bardzo licznie i chętnie w nich uczestniczyli. Wielką nadzieję daje to, że pomimo niezwykle trudnej sytuacji na Kubie odnajdują w sobie siłę, aby aktywnie uczestniczyć w życiu Kościoła.

Kraj, w którym życie wyznaczają godziny pojawienia się prądu

A sytuacja na Kubie jest dziś tragiczna. Prąd mamy jedynie przez 2–3 godziny na dobę. Nie mamy już gazu, żeby gotować, ani nawet węgla drzewnego, który jest sprzedawany jedynie nielicznym. Rytm życia wyznaczają godziny, kiedy pojawia się prąd. Nawet jeśli jest to czwarta nad ranem, ludzie wtedy wstają, aby ugotować obiad.

Od ponad miesiąca do miasta nie jest pompowana woda. Zepsuła się pompa, która ją dostarczała, a mało kto jest zainteresowany jej naprawą. Trzeba zamawiać specjalny transport z beczką i płacić niemałe pieniądze za dostarczenie wody.

Brak lekarstw, puste apteki i historie, które trudno sobie wyobrazić

Wcale nie lepiej wygląda sytuacja z lekarstwami. Apteki są puste. Czasem ktoś coś sprzedaje na ulicy, bo rodzina ze Stanów Zjednoczonych wysłała mu leki. Jeśli ktoś chce zrobić badanie krwi, często musi przyjść nawet z własną strzykawką.

Kiedyś podczas Mszy Świętej w jednej ze wspólnot zasłabła kobieta. Była po prostu głodna, ale jednocześnie chorowała na cukrzycę i potrzebowała czegoś słodkiego. Ludzie wybiegli szukać cukru po okolicznych domach. Nigdzie go jednak nie było. Dopiero jakieś dziecko przechodziło z lizakiem. Zabrano go, aby pomóc tej kobiecie.

Dzięki Bogu, jakiś czas temu dzięki wsparciu Fundacji Pro Spe mogłem kupić trochę lekarstw i przywieźć je na Kubę.

Paliwo stało się dobrem niemal nieosiągalnym

Kolejne problemy dotyczą transportu. Już praktycznie nie można kupić paliwa na stacji benzynowej. Kuba została odcięta od tego surowca. Kiedyś zatrzymali nas jadących samochodem i prosili, żebyśmy podwieźli chleb z piekarni do sklepu, bo zabrakło im paliwa.

Dziś zakup paliwa na stacji jest praktycznie niemożliwy. A nawet wcześniej wyglądało to niewiele lepiej. W Santiago de Cuba była jedna stacja, na której mogliśmy tankować. Często przyjeżdżałem i okazywało się, że nie ma prądu. Innym razem był prąd, ale skończyło się paliwo. Kolejnego dnia paliwo było, ale nie działał terminal płatniczy. Następnego dnia wszystko miało działać, jednak zepsuł się dystrybutor. Tak wygląda codzienność na Kubie.

Kiedyś chciałem odwiedzić wspólnotę oddaloną zaledwie o osiem kilometrów. Gdy tylko dojechaliśmy, samochód zgasł. Musieliśmy iść ponad kilometr w ogromnym upale do kaplicy, a po Mszy przez ponad dwie godziny szukaliśmy kogoś, kto sprzedałby nam choć litr paliwa.

Ludzie coraz częściej przegrywają walkę z codziennością

Na karetkę ludzie czekają kilkanaście godzin, a czasami nawet dwa dni. Dlatego często to my musimy wozić ich do szpitala.

I tak na Kubie jest właściwie ze wszystkim. Ludzie psychicznie nie wytrzymują tej sytuacji. Samobójstwa stały się codziennością.

Kiedyś odwiedziłem jedną rodzinę. Nagle około sześćdziesięciu metrów od domu usłyszeliśmy krzyk młodej dziewczyny. Okazało się, że znalazła mężczyznę, który odebrał sobie życie. Miał zaledwie 32 lata i piątkę dzieci. Zrobił to w dniu urodzin swojego najmłodszego syna. To był widok, którego nigdy nie zapomnę.

Życie pod nieustanną kontrolą państwa

Na Kubie jest jedna partia i tylko na jej członków można głosować. To spuścizna po rewolucji Fidela Castro. W najtrudniejszym momencie władze mówią o tzw. „odporności twórczej”, twierdząc, że kiedy ludziom wszystkiego brakuje, stają się bardziej pomysłowi.

Państwo nie pozwala na protesty. Nawet dzieci mogą ponieść konsekwencje za krytykę władzy. Kontrolowani są również misjonarze. Kiedyś odwiedziłem jedną rodzinę. Przy wejściu do bloku kobieta wypytywała mnie, do kogo idę i w jakim celu. Odpowiedziałem, że to moja prywatna sprawa. Następnego dnia tę rodzinę odwiedziła policja i wypytywała, dlaczego był u nich obcokrajowiec.

W kościele również mam swoich „aniołów stróżów” – ludzi, którzy donoszą władzom o tym, co robię. Czasami siedzą w pierwszych ławkach i codziennie odmawiają różaniec. Kiedy mnie witają, mam wrażenie, jakby w policzek całował mnie Judasz.

„Po co wy tutaj jesteście?” – pytanie, które słyszę bardzo często

Kochani, kiedy ludzie pytają mnie: „Jak się księdzu pracuje na Kubie?”, tylko lekko się uśmiecham. Bo wiem, że tego nie da się opowiedzieć jednym zdaniem ani zrozumieć bez przeżycia tej rzeczywistości.

Wyjechałem na Kubę z nadzieją, że pośród całej tej biedy i cierpienia będę widział, jak bardzo Pan Bóg działa. I rzeczywiście – Jego obecność można dostrzec każdego dnia.

Ludzie często pytają nas: „Po co wy tutaj jesteście, skoro wszyscy chcą stąd uciekać?”. Odpowiedź jest prosta – bo właśnie tutaj Bóg pozwala nam oglądać niezwykłe owoce wiary.

Tam, gdzie wszystko się rozpada, Bóg nadal przemienia ludzkie serca

Kiedyś do naszej wspólnoty przyszła kobieta. Była bardzo gorliwa i przez rok przygotowywała się do chrztu. Zapytałem ją, dlaczego zaczęła chodzić do kościoła. Opowiedziała, że wcześniej szukała Boga w różnych wspólnotach. Jej chłopak był protestantem, później odwiedzała również ewangelików i zielonoświątkowców. Dopiero podczas Mszy Świętej w Kościele katolickim poczuła coś wyjątkowego.

Po powrocie do domu oznajmiła swojemu chłopakowi, że będzie chodzić do Kościoła katolickiego. Gdy próbował ją od tego odwieść, zakończyła ten związek.

Po pewnym czasie opowiedziała mi o swoim śnie. Śniła jej się Matka Boża, która otuliła ją swoją szatą i powiedziała: „Od tej chwili jesteś moim dzieckiem i będę cię chronić”.

Dziękujmy za wiarę i za to, co wydaje nam się w Polsce oczywiste

Maryja błogosławi i wstawia się za każdym, kto Ją czci. Kiedy wracam do Polski, oddycham innym powietrzem – powietrzem naszej wiary, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. W wielu miejscowościach naszej diecezji niemal przy co drugim domu stoi kapliczka z Matką Bożą. To wielki skarb, którego często nie dostrzegamy.

Musimy tej wiary strzec, bo bez niej nie zostanie nam już nic.

Dziękujmy każdego dnia za wiarę, którą przekazali nam nasi rodzice. Dziękujmy również za wszystko dobro, które mamy w Polsce. Tutaj naprawdę nie mamy prawa narzekać. Na Kubie są ludzie, którzy każdego dnia nie wiedzą, czy jutro będą mieli co jeść.