Wolontariat Moniki w ośrodku Kamilianów

Autor wpisu

Jadzia

Data

lip 29, 2018

Kategorie

To był mój pierwszy wyjazd do Gruzji oraz pierwszy taki dłuższy pobyt za granicą. Pragnienie wyjazdu  pojawiło się ponad pół roku przed. Chciałam dać coś z siebie innym, podzielić się czasem, uśmiechem, tym co potrafię. Gdy dowiedziałam się, że dzięki  fundacji Pro Spe mogę tam wyjechać,  to pragnienie stało się jeszcze większe. Nie potrafię powiedzieć  dlaczego akurat Gruzja, myślę, że wpływ na to miały  opowieści wolontariuszy i innych osób, którzy byli w tym kraju.  Nie zatrzymał mnie nawet fakt samotnej podróży oraz niepewność  czym będę się dokładnie zajmować na miejscu.

Moją  przygodę z wolontariatem w Gruzji rozpoczęłam 11 maja, kiedy  to o czwartej  nad ranem przyleciałam do Tbilisi.  Z lotniska odebrał mnie Merabi – kierowca, który pracuje w Ośrodku Ojców Kamilianów. Po około półgodzinnej podróży z lotniska do Temki – dzielnicy Tbilisi, w której znajduje się ośrodek, znalazłam się w moim pokoju.  Zmęczona poszłam spać. Po obudzeniu się udałam się do ośrodka, który znajduje się nieopodal domu wolontariusza oraz klasztoru.  Była godzina 13 – pora obiadowa, więc zjadłam obiad na stołówce wraz  z podopiecznymi.  Po posiłku  podopieczni  wrócili do pracowni, a Hanna – wolontariuszka
z Polski oprowadziła mnie po budynku.  Poznałam pedagogów,  pracowników ośrodka
i podopiecznych,  Maksa – również wolontariusza z Polski oraz Ojców Pawła i Zygmunta. O 16.30 podopieczni zostali odwiezieni do swoich domów, a ja jak i inni wolontariusze miałam czas wolny.

Kilka moich pierwszych dni nie należało do najłatwiejszych, a to za sprawą nieznajomości języka rosyjskiego.  Pracownicy ośrodka w większości posługiwali się właśnie tym językiem, którego co prawda uczyłam się w liceum, ale niestety zapomniałam.  Na szczęście to nie przeszkodziło mi w kontaktach z nimi oraz podopiecznymi. Okazało się, że barierę językową można pokonać  posługując się mową ciała czy korzystając z pomocy innych wolontariuszy. Poza tym towarzyszenie niepełnosprawnym, uśmiech czy nawet zwykły uścisk dłoni cieszył ich bardziej niż jakiekolwiek słowa.

Moja praca jako wolontariusza polegała na wszelakiej pomocy w ośrodku – od  pomocy w wydawaniu posiłków, prace w ogrodzie, sortowanie odzieży, po karmienie niektórych podopiecznych. Nie była to ciężka praca. W większości to ja mogłam decydować
w czym mogę pomóc, nie polegało to na tym, że dostawałam konkretne zadania do wykonania.

W weekendy ośrodek był zamknięty, a ja mogłam wykorzystać ten czas na zwiedzanie Tbilisi i nie tylko.  W niedziele razem

z Ojcami oraz niektórymi podopiecznymi  jeździłam na Mszę Świętą do Parafii pw. św. Piotra i Pawła w Tbilisi prowadzonej przez  polskich księży.

Podczas mojego pobytu byłam świadkiem przyjazdu i rozładunku tira z wózkami
i łóżkami dla niepełnosprawnych, który został zorganizowany przez fundację Pro Spe.  Na miejscu czekali  gotowi do pracy pracownicy i wolontariusze, którzy po przybyciu tira na wyznaczone miejsce od razu zabrali się do pomocy.  W powietrzu czuć było podekscytowanie. Rozładunek odbył się sprawnie.  Zawartość tira została przeniesiona do specjalnie do tego przeznaczonych kontenerów.  Taka akcja to promyczek nadziei dla wielu niepełnosprawnych i chorych.  Oby więcej było takich transportów, bo  potrzebujących nie brakuje.

11 czerwca był dniem mojego powrotu do Polski.  Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Wolontariat  w Gruzji był dla mnie czasem wyzwań,  zdobycia nowych doświadczeń, docenienia tego co mam. Pomimo tego, że przyleciałam tam sama, to na miejscu nie czułam się samotnie. Czułam się  jak członek jednej wielkiej rodziny. Ojcowie troszczyli się o mnie, dbali o to aby niczego mi nie brakowało, zabierali na wycieczki.  Pedagodzy i  pracownicy ośrodka byli zawsze mili i życzliwi, a podopieczni  witali i żegnali mnie z uśmiechem, co  sprawiało mi radość. Miałam okazję poznać wyjątkowych ludzi, m.in.: Ojców, Lashę, Stasia,  Anię z telewizji.  To miejsce jest  jedyne w swoim rodzaju i na pewno wspomnienia z tamtych chwil zostaną we mnie na zawsze. Jestem wdzięczna za wszystko co mogłam zobaczyć i doświadczyć w tym niepowtarzalnym miejscu.  Żałuję tylko jednego…. że nie kupiłam biletu w jedną stronę, bo na pewno zostałabym na dłużej.  Teraz po moim powrocie do Polski planuję polecieć tam jeszcze raz. Polecam!

Monika

Podobne posty

Jak to się wszystko zaczęło – legenda gruzińska
Jak to się wszystko zaczęło – legenda gruzińska

Każdy kraj, naród ma swoją historię. Są również legendy, które zabierają nas nie tylko w odległe czasy ale niejednokrotnie w świat, których nie zobaczymy. Zapraszamy do poznania dwóch legend o powstaniu Gruzji, czyli Sakartwelo.